To brzmi zupełnie niewiarygodnie, ale Leo Beenhakkera nic nie łączy z polskim Związkiem Piłki Nożnej. Podający się za selekcjonera Holender nie ma ważnego kontraktu. Mówiąc krótko - pracuje na czarno - twierdzi DZIENNIK.
"Kontrakt z panem Leo Beenhakkerem nie został jeszcze podpisany" - przyznaje DZIENNIKOWI Michał Listkiewicz, prezes PZPN. Holender już w lipcu ustalił warunki dwuletniej umowy. Według niej miałby zarobić pięć milionów złotych. Jest jednak możliwe, że po środowym spotkaniu z Serbami jego kariera nad Wisłą się skończy. Jeżeli znowu przegra (podobnie jak swoje dwa pierwsze kompromitujące spotkania), PZPN będzie się mógł w sekundę wywinąć z kosztownej umowy.
Dlaczego kontrakt nie został jeszcze podpisany? Bo do dziś zgody na zatrudnienie Holendra nie wydał urząd pracy.
"On pracuje nielegalnie" - mówi rzecznik prasowy urzędu pracy Aleksander Kornatowski. "Piłkarskiej centrali grozi sprawa w sądzie za niezalegalizowanie pracownika. Pan Beenhakker też może zostać ukarany. Zajmiemy się tą sprawą" - twierdzi rzecznik.