To miała być cicha, spokojna mieścina obok Frankfurtu. I tak się na pozór wydaje. Jednak Muehlheim, gdzie do dzisiaj przebywała reprezentacja Polski, przypominało lotnisko. Co
kilkadziesiąt sekund piłkarze słyszeli podchodzące do lądowania samoloty. Wieczorami drażniły wszystkich światła przelatujących nad głowami samolotów. Kadrowicze wyjeżdżają z Niemiec
chorzy.
Frankfurt jest chyba największym węzłem komunikacji lotniczej w Europie. I przy wyborze ośrodka można było o tym pomyśleć. Oczywiście kadrowicze nie narzekają na nic, żeby nie podpaść i
wolą zachwalać urok Landhaus Hotel Waitz niż skarżyć się na uciążliwości. Ale na każdym kroku widać, że są rozdrażnieni i zmęczeni "komfortem", jaki zafundowali im
fachowcy z PZPN. Działaczom, którzy towarzyszą kadrze, ten skandal jednak nie przeszkadza. Oni nie muszą trenować, łatwiej jest im więc znaleźć chwilę, by przyłożyć głowę do poduszki.
Biorąc wcześniej środki nasenne albo wkładając stopery do uszu.
Niczym specjalnym nie wyróżnia się sam ośrodek sportowy, w którym trenowali Polacy. Ot, zwykłe boisko z niewielkimi trybunami, jakich nawet w Polsce znalazłoby się wiele. Czy naprawdę trzeba
było przylatywać aż do Niemiec, by trenować w takich warunkach?!
Być może, jak pisał już "Fakt", w grę wchodziły rozliczenia między PZPN a jakąś firmą wspierającą związek? Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby przecież
decyzji o tak kretyńskiej lokalizacji zgrupowania. I jeszcze problem zmiany czasu. Mecz w Ałmatach rozegrany będzie bowiem o 15.00 czasu polskiego, czyli wtedy, gdy kadrowicze mają czas na
ulubioną poobiednią drzemkę. Im jednak przyjdzie biegać po boisku, w dodatku w temperaturze powyżej 20 stopni Celsjusza i na wysokości blisko 1000 m n.p.m. Geniusze ze związku nie pomyśleli
jednak o takich drobiazgach, być może trzymając je w zanadrzu na wypadek porażki. Wtedy tradycyjnie można będzie stwierdzić, że zaskoczyły nas warunki klimatyczne...