Dziennik Gazeta Prawana logo

Trener piłkarzy Lecha ogląda króliczki "Playboya"

12 października 2007, 13:48
Ten tekst przeczytasz w
"Na komputerze to ja oglądam króliczki z <Playboya>, a nie piłkę" - zdradza DZIENNIKOWI trener piłkarzy Lecha Poznań. Franciszkowi Smudzie nieobce są nowinki techniczne, ale - jak podkreśla - służą mu one do rozrywki, a nie do pracy.

Wie pan, że murowanym kandydatem na następnego trenera Lecha Poznań jest ulubieniec szefów klubu ? Paweł Janas?
Może i tak. Ale następnego na razie nie będzie. Bo przyszła moda na doświadczonych trenerów. Takich jak ja. Starzy to jest to. Popatrz pan na Hiszpanów. Ich reprezentację, kluby. Atletic Bilbao dzwoni do starego Clemente do Belgradu, bo młody na jego miejscu nie daje rady. Stary wie, jak trzeba się obejść z zawodnikiem, jak pogłaskać, jak opierdzielić. Poza tym ja gwarantuję emocje.

Mówi pan o meczach, po których kibice dostają palpitacji serca?
I dzięki którym mówią do mnie w Pozaniu per Alfred. Od Hitchcocka oczywiście. Cenię sobie ten pseudonim. Może być i Alfred. Z moich meczów, podobnie jak z jego filmów, nikt nie wychodzi. Trzeba czekać w napięciu do końca. Prezes Rutkowski powiedział mi natomiast, że jestem dyrektorem teatru dramatycznego.

Na czym polega fenomen Franza Smudy?
Wreszcie ktoś to powiedział. Ja jestem fenomenem. A poważnie, to chodzi o umiejętność szybkiego dotarcia do serca każdego zawodnika. Po pierwsze treningiem, po drugie moim zachowaniem. Jemu musi odpowiadać mój styl. Czy mu dasz pałą, czy go przytulisz do serca. Można do nich trafić jedynie szczerością. Ja mówię wszystko prosto w oczy. Wszystko mają na tacy. Nie skarżę, nie donoszę do dziennikarzy czy działaczy, że ten pali, a ten się nachlał. Nie ma u mnie kar. Kara jest potrzebna, jak kogoś zamordujesz. Ale nie za spóźnienie czy niewykonanie jakiegoś zadania. Nie chcę zabierać pieniędzy czyimś dzieciom. Jeżeli zawodnik wie, że ten trener bierze wszystko na siebie i jeszcze nie daje mu kary, to traktuje go jak partnera.

Nie próbują pana wykorzystać? Mówi się, że piłkarz nawet własną matkę sprzeda...
Tych lisów to ja znam i wyczuwam na kilometr. Nikt mnie nie nabierze. Dzięki swojemu podejściu do piłkarzy wygrywam wszędzie. I wszędzie mnie za to szanują. Niech pan zapyta gdziekolwiek. Jak powiedziałem ostatnio, że odchodzę z Lubina, to głowy pospuszczali między nogi. Z żalu.

Inni trenerzy dopiekają panu: "szarlatan, naturszczyk, co nawet nie wie, jak działa komputer". A widzę, że pan jednak ma komputer w pokoju...
Mam, mam. Wstawili mi, to stoi. Włączam czasami. Muzyczkę sobie z trenerami puścimy albo takie ciekawe, fajne... No wie pan, króliczki z "Playboya". Oglądamy sobie. Ale piłka jest na boisku, a nie w komputerze. Co ma komputer wspólnego z piłką? Był taki trener, co każdemu polecił kupić laptopa. A później im Krzyżaków na nich kazał oglądać, żeby ich zmobilizować przed meczem. Żeby gryźli trawę. I to jest ta nowoczesność?

Brzydzi pana ten komputer?
Nie to, że brzydzi. Nawet czasami korzystam z niego. Niedawno włączyłem sobie mapę dojazdową do Wrocławia i dowiedziałem się, jak ominąć korki. Ale jak wygrać mecz, to już instrukcji nie dali. Umówmy się, to jest zabawka. A drużyna to nie jest zabawka.

Jest pan tradycjonalistą?
Kiedyś usłyszałem od Dietmara Kramera, niemieckiego trenera: ?Franz, super jest żyć w tym świecie komputerów, ale komputerem piłki nie kopniesz?.

Dlatego woli pan zawodnikowi w zęby zajrzeć, niż robić mu specjalistyczne testy?
To jest taki żart, sam go wymyśliłem. Dla zabawy, bo ja potrafię zrobić dobrą atmosferę wszędzie. W Mielcu było fajnie, w Krakowie, Warszawie, Łodzi, Lubinie. No, w Wodzisławiu nie bardzo. Mało brakowało, abym się wpakował w spadek do II ligi. Tego bym nie przeżył, a moja mama tym bardziej. Poszedłem tam tylko dla niej, aby ratować ten zespół. Przecież to moje rodzinne miasto. Mama interesuje się piłką niesamowicie. To ją przy życiu trzyma. Najbardziej lubi ligę angielską, ale niemiecką i polską również. O takim Arsenalu Londyn to panu wszystko powie. Uwielbia Henry?ego. Przeżywała tę moją pracę. Prosiła, żebym Odrę ratował. Brat też. Mówię: dobra, prosicie, to uratuję. I uratowałem, ale ciężko było. Graliśmy ładnie, wszystkim się podobało, tylko nie miał nam kto bramek strzelać.

No, ale mistrzostwo Polski to pan zdobył tak dawno, że ho, ho...
A z kim miałem je zdobyć? Lubin brałem na ostatnim miejscu w tabeli, Odrę na przedostatnim, Widzew to samo. Pewnie, że mistrzostwa z tego nie zrobię.

Przyznaje pan, że w swojej pracy kieruje się pan instynktem?
Bogusław Cupiał ciągle mi powtarzał: naucz tego Janusza Kowalika, żeby on kiedyś w przyszłości był tak dobry jak ty. Ale tego nie można nauczyć. Można przekazać podstawy, zasady prowadzenia drużyny, przygotowania. Ale pewnych spraw nie ma szans przekazać. Ja go nie nauczę, kiedy ma zmiany robić. Mnie te zmiany to sam Pan Bóg podpowiada. Ile ja już zrobiłem takich, dzięki którym wygrywaliśmy mecze. Teraz w Lechu potrafiliśmy podnosić się nawet przy stanie 0:3. Tadek Gapiński z Widzewa mówił mi, że jestem jakąś czarownicą. Pamiętam, jak ratowałem Widzew, graliśmy w Chorzowie. ? Zmiana, zmiana ? wrzeszczy mi Gapek, a ja mu: stul dziób. Dymkowski, Dymkowski, podpowiada, a ja: siedź cicho! W końcu dostaję sygnał z góry, ktoś mi przekazuje myśl do głowy. Zmiana! Dymkowski. Teraz! A Gapek: na co ta zmiana, siedem minut do końca... Dymkowski wchodzi i momentalnie strzela gola. Wygraliśmy. Dlaczego? Bo ktoś mi to mówi, wyraźnie słyszę głos: Franz, zrób to i to... Przypuszczam, że to jest od Boga. Albo się dostaje takie sygnały, albo nie. Andrzej Strejlau to jest dla mnie wzór trenera pod każdym względem. Chciałbym te wszystkie książki przeczytać, co on napisał. Ma wszystko, tylko nie ma tego sygnału, urwał mu się. Jak nie masz tego sygnału, to możesz uczyć się od rana do wieczora, a później nawet jak weźmiesz Real Madryt, to będziesz o utrzymanie walczył.

Opatrzność jak na razie nie pomaga panu w osiągnięciu największego marzenia: poprowadzeniu reprezentacji Polski.
Pomoże, przyjdą jeszcze sygnały.

Na razie wysyła je ?Anioł?...
Czyli Engel. Nadzorca reprezentacji. Niee, no... Jak ten człowiek zaczął coś gmerać przy reprezentacji, to oznacza, że drużyna wpadła z deszczu pod rynnę.

Dlaczego?
To jest człowiek nie do piłki. To jest człowiek od interesów. Takich ludzi trzeba z PZPN gonić jak najszybciej, pałą. Wolę Listkiewicza nosić na rękach, niż Engela trzymać w PZPN. Niech pan to napisze.

Nie przemawia przez pana zazdrość. Przecież kiedyś on wygrał z panem walkę o posadę selekcjonera.
To nie o to chodzi. Engel jeszcze w Krakowie pokazał, że dla niego liczą się tylko interesy. Nic się nie nauczył. Nie mam żalu, że nie zostałem trenerem, mam żal o to, w jaki sposób mnie wykiwano.

Następne okazje też pan przespał. Trenerami zostawali Boniek, Janas, Beenhakker.
Boniek, Janas to są ludzie, którzy znają się na piłce. Nie to co Engel. Jak go rzeczywiście zostawią w charakterze nadzorcy kadry, to znów nie mam szans. Nigdzie nie jest powiedziane, że muszę być selekcjonerem. Leszek Jezierski też bardzo chciał i nigdy nie był.

Beenhakkera pan nie wymienił celowo?
Dopiero rozpoczął pracę, poczekajmy, aż skończą się mistrzostwa Europy.

Sądząc po początku, mogą się dla nas skończyć bardzo szybko.
Nie mamy takich zawodników, aby sensowne było zatrudnianie zagranicznego trenera. Nie mówię, że są słabi. Chodzi o ich charaktery. Akurat do takich potrzebny jest trener z kraju. Polak najszybciej dotrze do tych chłopaków. Tym bardziej teraz, kiedy trzeba nimi trochę potrząsnąć. Potrzebny jest trener, który do nich trafi, dogada się z nimi.

Czyli selekcjonerem polskiej reprezentacji musi być Polak...
Ojczysty język zawsze lepiej trafia do serca niż tłumaczony. To jest tak samo jak z piwem. Weź przelej piwo do następnej szklanki i nie będzie już to samo. Inny zapach, inny smak. A tu Bobo to, Dziekan tamto, Leo coś tam. Podobno w przerwie zaczyna po angielsku, kończy po holendersku i nikt nie wie, o co chodzi. A jeszcze dodajmy tę kasę, którą związek wydaje na Leo.

Za dużo?
Z jednej strony mnie to cieszy. Jak kiedyś dostanę w końcu tę propozycję, to też takiej zażądam. Dlaczego mam być gorszy od niego? Tyle że Polakowi tak dużo by nie dali.

Bardzo pan chce być tym selekcjonerem...
Pewnie, że tak. Ale Engel musi najpierw odejść. Przede wszystkim trzeba zawodników szukać i wiedzieć gdzie. A co ten Leo zrobił? Wziął Golańskiego, Matusiaka, Gargułę i naszego ?Wasila?. Wielkie mi odkrycia. Trzeba dalej szukać, głębiej zaglądać. Ja widzę wiecej. Jestem tu tak długo, Dać szansę Iwańskiemu, Łobodzińskiemu, Robakowi, Bagnickiemu. A co? Trzeba próbować. Nie wolno się za dużo zastanawiać. Ja nawet w Łęcznej potrafię kogoś dostrzec. Lepiej brać takich niż tych co są za granicą i już interesuje ich tylko kasa, zabezpieczenie sobie życia. Z zagranicy powoływałbym tylko tych, którzy są naprawdę potrzebni i nie zwracałbym uwagi, że ten się nazywa Żurawski, a inny Bąk. Ludzie, przecież on gra w Katarze!

Ze zmianą selekcjonera trzeba się liczyć. W razie czego jest pan gotowy?
Teraz ćwiczę układanie klocków w Poznaniu. To trochę podobna sytuacja. Przywieźli mi tu klocki lego z dwóch klubów, wywalili na dywan. I składaj to teraz gościu. Poczekam do mistrzostw Europy. Trzeba dać Holendrowi szansę.

Kiedyś stracił pan w Ameryce wszystkie pieniądze. Odkuł się pan już?
Naturalnie. Przegrana to jest dla mnie motywacja. Nie siedzę i nie płaczę. Potrafię sobie poradzić z przegraną. Nie muszę pić albo brać narkotyków. Nie mam szans, żeby zostać alkoholikiem. Chociaż piwko lubię i chętnie piwkuję.

Jest pan przywiązany do jakichś barw klubowych?
Nie, nie jestem kibicem. Praca to praca. Okuka opowiadał, że jego serce bije dla Legii, a teraz bierze pieniądze od Wisły. I co, serce mu inaczej bije? Nie róbmy z futbolu nabożeństwa.

Wie pan dlaczego podczas meczu kamery tak często pokazują właśnie pana?
Wiem, wiem. Nawet mama mnie prosiła, żebym w telewizji trochę powagi zachowywał. Ale mówię: mamuś, nie da się. Jak się mecz zaczyna, dostaję amoku. Nic się dla mnie nie liczy, nie ma świętości. Zapominam, jak się nazywam. W Szczecinie po meczu wszedłem do autokaru i chciałem zadzwonić do domu. Nie byłem sobie w stanie przypomnieć PIN-u do telefonu. A telefon mam 15 lat.

Nigdy pan nie usiądzie spokojnie na ławce?
Jak mnie zobaczycie spokojnie siedzącego na ławce, to szykujcie się na pogrzeb. To będzie oznaczało, że z ?Franzem? jest bardzo źle i niebawem kopnie w kalendarz.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj