"Duży Phil”, "Sierżant”, albo po prostu "Zwycięzca”. Jak zwał, tak zwał. Selekcjoner reprezentacji Portugalii Luiz Felipe Scolari ma
wiele przydomków, ale żaden z nich nie jest specjalnie złośliwy. Dziwne. Przecież to człowiek, który sprzeniewierzył się idei brazylijskiej piłki.
Portugalia na ostatnim mundialu została oficjalnie obwołana najatrakcyjniej grającą drużyną (na jednym z najmniej atrakcyjnych mistrzostw świata w historii). Franz Beckenbauer porównał ją
do huraganu. Być może i grają w niej "Brazylijczycy Europy”, ale pod wodzą Scolariego jakoś nie mogą rozwinąć skrzydeł. W ćwierćfinałowym meczu z Anglią koncentrowali
się głównie na symulowaniu fauli. Jak napisał The Times: "To ironia, że człowiek, którego uważa się za wroga homoseksualistów, nakazał swoim piłkarzom grać w tak zniewieściały
sposób”.
Coś w tym jest. Scolari wychowywał się na ranczu w Rio Grande do Sul, gdzie na takich jak on mówi się gringo. Gdy był mały, podglądał ojca Benjamina, grającego w piłkę na pozycji stopera.
Później sam został piłkarzem. Środkowym obrońcą. Bez techniki, bez polotu, w samych tylko słabych klubach. Z czasem doszedł do wniosku, że "piękny futbol umarł”.
Taktyka przede wszystkim, żadnej samowolki. "Trzydzieści lat temu najlepsze drużyny miały dwie, trzy indywidualności, które decydowały o losach meczu. Dzisiaj nie ma indywidualności.
Jest kolektyw" - powiedział Scolari.
Swoją filozofię wprowadzał w życie w brazylijskich klubach, z którymi dwukrotnie zdobywał Copa Libertadores. Później w reprezentacji Brazylii, która w 2002 roku wygrała mistrzostwo świata,
i w Portugalii (wicemistrzostwo Europy).
Nie znosi sprzeciwu. Na mundial w Korei i Japonii nie powołał Romario. Zniszczono mu za to samochód, wściekli fani śledzili każdy jego krok po ulicach Rio de Janeiro, a rada miasta wydała
wniosek, w którym domagano się powołania słynnego napastnika. Scolari się uparł, mimo że w Brazylii obwołano go wrogiem publicznym numer 1. Nie i już. "Może i jest uparty, ale nie
złośliwy, w głębi duszy jest bardzo wrażliwy. Trzy razy oglądał film <Duch>, za każdym razem płakał" - mówi Ben Marchiori, bliski przyjaciel Scolariego.
"Scolari to świetny pedagog, potrafi dotrzeć do piłkarzy, stworzyć dobrą atmosferę w drużynie" - uważa Jacek Gmoch. "Prowokacją przypomina nieco Jose Mourinho,
który prowokując, niejako ściąga presję z własnych piłkarzy" - mówi polski trener.
Gdy jest na boisku, trudno dostrzec dobroć tego człowieka, ale na co dzień jest spokojny i dobroduszny. Nic dziwnego, że nie chciał zostać selekcjonerem reprezentacji Anglii, mimo że tamtejsza
federacja wysyłała do niego delegację przypominającą królewski orszak. Nie znosi tabloidów. Uwielbia barbecue, uprawia jogging i jest świetnym kawalarzem. Wolne chwile spędza w uroczym
Cascais pod Lizboną, gdzie swoje wille ma stara portugalska arystokracja. Alkoholu nie pije, woli herbatkę ziołową. Ale nie na boisku. Na boisku zdarza mu się spojrzeć w stronę fanów swojej
drużyny, podskoczyć i wrzasnąć: "Chcecie, abyśmy wygrali? Krzyczcie więc!”.