Nasz siłacz nie ma wielkich wymagań. "Byle była micha i spanie, więcej mi nie potrzeba" - śmieje sie zawodnik. Życie nauczyło go życia w spartańskich warunkach. Przeszedł drogę z piekła do nieba. Gdyby nie przypadek i kilku życzliwych ludzi, dzisiaj zamiast sztangi mógłby dźwigać skrzynki z owocami w jednym z angielskich hipermarketów!
I tylko dzięki swoim najbliższym został najlepszym sztangistą na świecie. "Chciałem skończyć z ciężarami. Nie miałem z czego utrzymać rodziny, dlatego byłem gotowy wyjechać do pracy na Wyspy" - mówi DZIENNIKOWI Marcin."To żona namówiła mnie bym został. Powiedziała, że mam talent i jeszcze będę wygrywać... I uwierzyłem w to" - wspomina sztangista. A jak pokazał w mistrzostwach świata, jest to bardzo mocna wiara!