Przez 11 rund walki Sergieja Lachowicza z Shannonem Briggsem w Phoenix publiczność gwizdała. Kibice byli wściekli, bo bokserzy w ringu ruszali się jak muchy w smole. Ale w ostatniej rundzie
przecierali oczy ze zdumienia i na stojąco oglądali, jak zawodnicy okładali się pięściami. A dokładnie to Amerykanin lał Białorusina.
Przed rozpoczęciem 12. rundy Lachowicz prowadził na punkty. Do zwycięstwa wystarczyło mu tylko ustać przez trzy minuty. Ale nie dał rady. 30 sekund przed końcem walki Briggs wykrzesał z
siebie resztki sił i ruszył na rywala. Po chwili Amerykanin posłał go na deski pierwszy raz. Białorusin podniósł się i stanął do walki. Do ostatniego gongu zostało zaledwie 26 sekund. Po
wznowieniu walki Lachowicz zasłonił głowę i cofnął się na liny, ustępując przed rozpaczliwym szturmem Briggsa. Sekundę przed końcem Amerykanin wziął wielki zamach i tak walnął
przeciwnika, że ten wyleciał z ringu i wylądował na sędziowskim stoliku.
Zaraz po zakończeniu pojedynku powiedział, że jakby przegrał tę walkę, to poszedłby do domu i strzelił sobie w łeb z rozpaczy. Na szczęście nie musiał tego robić.