Do makabrycznego wypadku, w którym uczestniczyło 15 kierowców, doszło na 12. okrążeniu. Auto Wheldona dotknęło koła jednego z rywali, uniosło się w powietrze i z całym impetem uderzyło barierę ochronną. Wiele samochodów spłonęło, ale na szczęście nikt inny nie ucierpiał.

http://www.youtube.com/watch?v=R4j8p6zlFHs

Miał to być ostatni wyścig sezonu IndyCar. Tor owalny w Las Vegas należy do najszybszych w USA. Podczas prób kierowcy osiągali prędkość nawet 360 km/h.

Po wypadku Wheldon został przetransportowany helikopterem do szpitala. Dwie godziny później ogłoszono, że kierowca nie żyje. Wyścigu już nie wznowiono, a zawodnicy przejechali jeszcze pięć okrążeń, aby oddać hołd Anglikowi.

"Cóż powiedzieć? Będzie nam go brakować. To trochę tak, jakby dziś umarła seria IndyCar" - powiedział szef jednego z zespołów Chip Ganassi, u którego niegdyś ścigał się Wheldon.

To pierwszy śmiertelny wypadek w trakcie wyścigu północnoamerykańskich mistrzostw IndyCar. W 2006 roku podczas testów przed Grand Prix Miami zginął Amerykanin Paul Dana.

Wheldon był mistrzem serii IndyCar w 2005 roku. W tegorocznej rywalizacji startował tylko w trzech z 18 wyścigów. Jeden z nich wygrał - w maju prestiżowe 500 mil w Indianapolis.

W klasyfikacji generalnej tegorocznych mistrzostw pierwsze miejsce zajął Szkot Dario Franchitti, zdobywając tytuł po raz trzeci z rzędu.

"Jestem w szoku. Przed startem, podczas prezentacji, żartowaliśmy sobie z Wheldonem. Minęło kilka minut i już go nie ma" - powiedział Franchitti.