Artur Boruc ma dość. Tournée piłkarza Celticu Glasgow po Stanach Zjednoczonych obnażyło słabość drużyny. Jeżeli szkocki klub nie daje sobie rady z zespołami z ligi amerykańskiej, to ciężko myśleć o dobrych występach w Lidze Mistrzów. "The Bhoys" we wtorek zremisowali z Chicago Fire 1:1.
"Mówiąc szczerze, to pierwsza połowa spotkania z Chicago Fire była w naszym wykonaniu naprawdę żenująca. Na boisku prezentowaliśmy się fatalnie. Udało nam się zremisować, ale nie możemy być dumni z tego wyniku i całego meczu" - powiedział po spotkaniu Boruc.
Polski bramkarz ma powody do zdenerwowania. Fire to słabeusz w lidze MLS, a Celtic nawet z takim zespołem nie może sobie poradzić. Katastrofalne błędy popełniają obrońcy mistrzów Szkocji. Defensywa jest dziurawa jak szwajcarski ser i Boruc najczęściej musi ratować drużynę przed utratą kolejnych goli. Władze klubu wzmacniają atak i pomoc, ale zapominają o obronie. Aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby zabrakło w bramce naszego zawodnika...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl