Jadąc do Afryki chyba nie zdawał pan sobie sprawy z tego, że tak długo tam zostanie?
Kiedy przyjechaliśmy tu pierwszy raz, jugosłowiański trener o nazwisku Lukić powiedział nam, żeby się nie przyzwyczajać. Wszystko co miał to walizka. W pokoju hotelowym jeszcze fotel, łóżko i telewizor. A jednak wyszło inaczej. Od początku czułem się fantastycznie. Nie bez znaczenia były wtedy finanse. Ja w Zambii zarabiałem w 1984 roku 6,5 tysiąca dolarów. Jak przyjeżdżałem do Polski to uchodziłem za milionera. A później było jeszcze lepiej. Ale teraz nie jestem przywiązany do rzeczy. Gdybym musiał wyjechać nagle, to bym wyjechał. Mogę wszystko zostawić, samochody, dom. Nie ma problemu. Tylko masek afrykańskich, które kolekcjonuję, byłoby mi szkoda.

Dlaczego zdecydował się pan zostać w Afryce na stałe?
Wie pan, ja w Afryce jestem od 23 lat, a mimo to, nie jestem na stałe. Mam domy w Zimbabwe, Niemczech i w Polsce. Zostałem tu bo kocham Afrykę, a przy okazji mam komfort wyboru, czyli to co najważniejsze w życiu. Jak to się mówi: "I belong to the world", czyli należę do świata. Mam szczęście, bo robię w sporcie. Sport jest natomiast apolityczny, otwiera wszystkie drzwi.

Apolityczny o ile nie pracuje się w Afryce. Wiele tamtejszych krajów jest lub było rządzonych przez dyktatorów. Strach przegrać mecz...
No tak, oni kochają futbol. Idi Amin uwielbiał piłkę, podobnie Mobutu Sese Seko. Reprezentacje Ugandy czy Zairu trenowały na ich prywatnych posiadłościach.

Amin, którego miał pan okazję poznać, był wielokrotnie oskarżony o kanibalizm.
Mnie nie zjadł. Wie pan, dyktatorzy są często bardzo mili, jak to w polityce. Kochają futbol, cieszą się, że mogą porozmawiać z trenerami i piłkarzami. Dyktator Zambii Kaunda nawet podawał nam jedzenie. A Sese Seko, jak przyjeżdżali rywale, mówił im: "Witajcie w Zairze". A później to samo do sędziów. "Witajcie u nas, rozumiecie?". To była taka drobna sugestia. Jak łatwo się domyślić, w Afryce zazwyczaj wygrywają gospodarze.

A Mugabe? Mówił panu kogo wystawić do składu?
Nie. Robert Mugabe to generalnie dosyć miły człowiek, katolik i lubi Polskę. Przez 11 lat był wychowywany przez polskiego księdza. Poza tym rzadko chodzi na piłkę nożną. Przychodził raz na pięć spotkań. Zastępowała go rodzina. Członkowie jego rodziny zajmowali wysokie stanowiska w związku piłkarskich i czasami próbowali wpływać na skład.

Kilka lat temu był boom na afrykańskie kraje. "Super Orły" z Nigerii czy "Nieposkromione Lwy" z Kamerunu miały zdobywać medale mistrzostw świata, ostatnio mówiono o Wybrzeżu Kości Słoniowej.
Nie sądzę, by do tego doszło w przeciągu najbliższych 15 lat. Wiele osób tak mówiło, bo pojawiło się wtedy kilka gwiazd z Afryki. Tymczasem w krajach afrykańskich organizacja futbolu jest fatalna. Jest mało pieniędzy, a bez tego nie ma szansy stworzyć dobrej drużyny. Tam nie ma Abramowiczów i wielkich pieniędzy. Reprezentacje budowane są na zawodnikach grających w Europie. A tutejsze ligi są słabe. Trochę wygląda to tak jak w Polsce. Są talenty, ale na dłuższą metę trudno o sukces, bo piłka jako całość szwankuje. W Afryce piłkarze pojedynczo mogą być wielkimi gwiazdami, błyszczeć w Chelsea czy Barcelonie. Ale nie potrafią stworzyć całości. Może jakiś zespół zajdzie wysoko, ale nie sądzę by można było mówić o tym, by afrykańska piłka generalnie zagroziła Europie czy Ameryce Południowej.

Dlaczego w Afryce nie da się wprowadzić europejskich standardów?
To nierealne. Nie można w Afryce zrobić rewolucji po europejsku. Był kiedyś taki szkoleniowiec z Niemiec, nazywał się Dettmar Cramer, utytułowany, znany z Bayernu. Wygrywał europejskie puchary, pracował w 80 krajach. Chciał zrobić w Afryce niemiecką piłkę. Niemcy mówią: "co masz zrobić jutro, zrób dziś". Afrykańczycy mówią: "Co masz zrobić dziś, zrób jutro". Zbyt dobrze Cramerowi w Afryce nie szło (śmiech)... Piłkarzy z Afryki musisz zrozumieć. Nie wtłaczać im na siłę im swojego stylu, bo go odrzucą. Pokazać im, że masz coś do powiedzenia, ale wysłuchać ich racji. Inaczej polegniesz. Ale jeśli już się z nimi człowiek dogada, to okazuje się, że oni bardzo chcą się uczyć. Murzynowi ciężko jednak dogadać się z trenerem z Austrii, Niemiec czy Szwajcarii. W Polsce szkoleniowcy są bardziej tolerancyjni. Jedynym, który miał uprzedzenia, był Edward Lorens. Poza tym nie spotkałem się z problemami.

Jak w Zimbabwe odbierana jest Polska?
W sumie dobrze. Zrobiłem dobrą robotę, jako taki sportowy ambasador. Polska ma tu dobrą markę, bo piłkarze z Zimbabwe radzili sobie w Polsce bardzo dobrze. Gift Musadzi w Lechu Poznań, George Mbwando, oczywiście Norman Mapeza, który przez 8 lat grał w Galatasary Stambuł, John Pirri (Grabowski wymienia wszystkich), a teraz Dickson Choto i Takesure Chinyama. Ten drugi ma szansę na sporą karierę. Jest bardzo uparty i ambitny. Oni traktują Polskę jako przystanek do lepszego życia. Na razie przebił się Mapeza i w pewnym sensie Mwaruwari. Myślę, że Chinyama też się przebije.

Właśnie, pierwszym przystankiem Mwaruwariego był Górnik Zabrze.
Ale wtedy w Górniku był już Dickson Choto i Kaondera. W klubie powiedzieli, że trzech górników w Górniku to za dużo. Mówili tak na murzynów ze względu na kolor skóry. Nawet go nie sprawdzali. A chłopak trafił zaraz do Grasshoppers, stamtąd do Auxerre i w końcu do Portsmouth. Czasami zawodnicy są odrzucani. Tak przecież było z Chinyamą. Chłopak długo nie mógł zrozumieć tego jak potraktowano go w Legii za pierwszym razem. Przyleciał z samego rana, trochę odpoczął i grał wieczorem mecz w Legii. Dobrze poszło, strzelił bramkę i... trener Wdowczyk nie dał mu szansy nawet na dalsze testy. Trochę dziwne.

Niemiecki trener Winnie Schaffer w rozmowie z DZIENNIKIEM stwierdził, że nigdzie na świecie ludzie nie kochają piłki tak jak w Afryce.
To prawda. Na mecze reprezentacji Zimbabwe przychodzi po 80 tysięcy widzów. Jak gra Bulawaya z Dynamos Harare to zawsze jest nadkomplet. Dynamos to
pierwszy czarny zespół, a Bulawaya to Zulusi. Porównałbym to do meczów Warszawy ze Śląskiem. W Afryce ludzie kochają piłkę nożną. Najważniejsze dla ludzi w Afryce są trzy sprawy. Podam je w nieprzypadkowej kolejności: piłka nożna, kobieta i muzyka.

Jakiś czas temu mówiono, że RPA ma problemy z organizacją Mistrzostw Świata w 2010. Ponoć Niemcy nawet chcieliby ich zastąpić.
Niemcy mogą chcieć. W Republice Południowej Afryki mistrzostwa będą udane. Jedyny problem mają tam z bezpieczeństwie. Przez lata murzyni mieszkali w Soweto, swoistych gettach. Byli traktowani jak ludzie trzeciej kategorii, pariasi. Teraz chcą rewanżu. Dlatego z całego świata zostaną ściągnięte oddziały policji. Takiego przeglądu sił zbrojnych dawno nie było. Poza tym są tam doskonałe stadiony i świetna infrastruktura. Mają wszystko - lotniska, autostrady, hotele i doskonale rozwinięty przemysł turystyczny. Proszę się nie martwić, w RPA mistrzostwa będą zorganizowane na znacznie wyższym poziomie niż EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie. O tym mogę pana zapewnić.