"Najciekawsze jest to, że takich meczów, jak ten, o który wszyscy teraz pytają, zagrałem sporo. Mam też na koncie kilka lepszych. Ale właśnie to spotkanie pozostanie już zawsze moim biletem wizytowym" - mówi "Faktowi" Boniek.

Reklama

Piłkarze, którzy zagrają w sobotę na Stadionie Śląskim, też mogą dorobić się pięknych belgijskich wizytówek. "Muszą jednak być bardzo uważni i maksymalnie zmobilizowani. O to jestem jednak spokojny, bo Leo Beenhakker potrafi wydobyć z tych chłopaków wszystko, co najlepsze, dobrze ich ustawić. Co może być problemem? To, że Belgowie tworzą teraz taką niezbyt dobrze znaną i nieprzewidywalną mieszankę wybuchową. Takie mieszanki często eksplodują i nie wiadomo wtedy, kogo porazi wybuch. Może trafić rywala, ale może też ułatwić mu sprawę, gdyby wszystko się rozleciało" - obrazowo wyjaśnia Boniek.

"Zibi" jest przekonany, że Polskę stać na zwycięstwo w sobotnim spotkaniu. Faktowi opowiedział, jak poprowadził naszą reprezentację do pamiętnego 3:0 w Hiszpanii. I zaskakuje: "Z tamtego dnia bardziej nawet niż bramki pamiętam pomeczową konferencję, i to że szybko z niej wyszedłem po wygłoszeniu krótkiego oświadczenia. Powiedziałem tylko, że jestem bardzo szczęśliwy, i że wygraliśmy dla ludzi w Polsce, by dać im radość w tak trudnym czasie stanu wojennego. Nie chciało mi się odpowiadać na pytania różnych ludzi, którzy od początku mistrzostw mnie krytykowali i usiłowali zrobić ze mnie półpatriotę, wmawiając, że po podpisaniu kontraktu we Włoszech nie chce mi się grać dla kadry. Były różne naciski na Antoniego Piechniczka, by odsunął mnie od składu, ale on mi ufał. Pamiętam swoją i jego satysfakcję, gdy strzeliłem te gole. Lubiliśmy się, dobrze się nam pracowało i wspólnie odnieśliśmy sukces" - wspomina Boniek.

I rzeczywiście, mówiąc o mundialu w 1982 roku, coraz mniej osób pamięta o fali krytyki, jaka spadła na reprezentację Polski po pierwszych remisowych meczach z Włochami, późniejszym mistrzem świata i rewelacyjnym wtedy Kamerunem. "A gole? Jasne, że pamiętam, nie zapomnę ich, nawet gdybym chciał. Największą mam satysfakcję, że żaden nie był przypadkowy, we wszystkich trzech sytuacjach wiedziałem doskonale, co chcę zrobić. Pierwsza bramka to mocny strzał zza pola karnego, pod poprzeczkę. Druga to ładny lob głową. Tuż przed strzałem spojrzałem, gdzie stoi Custers i widziałem, że jest wysunięty... Trzecia była najłatwiejsza - dobre podanie w tempo, potem spojrzenie, że bramkarz pędzi w moją stronę i nic nie poradzi, gdy będę go mijał, biegnąc w drugą stronę i strzał do pustej bramki. Tak się ogrywało Belgów. Oby w sobotę było podobnie" - kończy Boniek.