Zaangażowany ciałem i duszą w kampanię wyborczą - wybory są tu już w niedzielę - właściciel Milanu Silvio Berlusconi w przypływie szczerości powiedział, ze cuda w piłce nożnej też się zdarzają. Były premier zdaje sobie sprawę, ze jego klub w konfrontacji z Barceloną stoi na straconej pozycji. Trener Massimiliano Allegri otrzymał od niego wskazówkę: dwóch ludzi pilnować musi Messiego, wtedy łatwiej będzie o cud.

Komentatorzy przypominają, że w ciągu ostatnich pięciu sezonów Milan odpadał z Ligi Mistrzów trzy razy w jednej ósmej finałów - jak teraz - i raz w ćwierćfinale. Nie stanowi więc dla gości poważniejszego zagrożenia, tym bardziej, że nie grają już w jego barwach ani Zlatan Ibrahimowic, ani Thiago Silva, a Mario Balotelli występować może w tym sezonie wyłącznie na krajowych boiskach. W tej sytuacji najlepiej będzie potraktować spotkanie z żonglerami z Katalonii, jak nazywa ich prasa, jako święto sportu, nie myśląc o zwycięstwie.

Drużyny, które staną naprzeciwko siebie na stadionie San Siro, reprezentują tak różny poziom, że nie warto ich nawet porównywać ani tym bardziej mówić o szansach gospodarzy, uspokajaą kibiców obserwatorzy. Potraktujmy ten mecz jako test, który powie, czy Milan, który jest już na trzeciej pozycji w tabeli ekstraklasy, liczy się jeszcze choć trochę w Europie, czy też lepiej będzie dać sobie spokój z marzeniami o cudzie.