W piątek polscy siatkarze wygrali z USA 3:0. W sobotę czeka ich spotkanie półfinałowe z Brazylią (godz. 20.00), a w niedzielę finał bądź mecz o trzecie miejsce. Trener Raul Lozano bardzo liczy na to, że będzie miał zdrowego Wlazłego na boisku, jednak to wcale nie jest takie pewne.
"Mam pecha do Spodka" - nie ukrywa Wlazły. "W ubiegłym roku podczas meczów z USA łapały mnie tutaj potworne skurcze. Teraz znowu miałem podobne problemy w spotkaniu z Francją. To wszystko przez duchotę i brak powietrza. Niezbyt przyjemnie wychodziło się z zimnej sali treningowej do rozgrzanego Spodka. W pewnym momencie nogi nie wytrzymały i poczułem straszny ból w łydkach" - opowiada siatkarz.
Wlazłego zastąpił Grzegorz Szymański i zagrał bardzo dobrze, ale Mariusz też chce grać. "Mam dodatkowe zabiegi, rozciąganie mięśni, masaże. Może więc jakoś dotrwam do końca turnieju" - uśmiecha się siatkarz. "Najgorsze jest to, że gdy czuję skurcze, to bardziej skupiam się na sobie, niż na grze. Coś siedzi w głowie i boję się, by nie stało mi się nic poważniejszego" - opowiada "Faktowi".
Gdy w ubiegłym roku Wlazłego łapały skurcze, nie mógł dojść do siebie przez dwa - trzy dni. Teraz dzięki zabiegom szybciej staje na nogi. Dlatego z nadzieją czeka na półfinał i finał. "Wierzę, że awansujemy do finału i zakończymy ten turniej zwycięsko! Wszystko mi jedno, na kogo trafimy. Nie boję się nikogo. Szkoda tylko, że wszystkie mecze gramy o godzinie 20. To dla mnie za późno" - żali się Mariusz.
Gdyby Wlazły nie mógł zagrać, zastąpi go Szymański. "Jeśli dojdzie do tego, to będę kibicować Grześkowi. Na mecz z Francuzami wyszedł jako rezerwowy i zagrał po mistrzowsku" - Mariusz chwali kolegę z drużyny.
"Jestem pełen uznania dla <Gela>. Chciałbym występować z nim w jednym zespole. Ale to niemożliwe, bo na boisku jest miejsce tylko dla jednego atakującego. Chyba że kiedyś razem zagramy w siatkówkę plażową" - kończy ze śmiechem Wlazły.