Polska Agencja Prasowa: Sezon zaczął się dla pana i Michała Bryla w wymarzony sposób, bo od triumfu w połowie marca w czterogwiazdkowym turnieju World Touru w Dausze. Zawieszenie rywalizacji w cyklu zaraz potem to gorzka pigułka od losu?

Reklama

Grzegorz Fijałek: Niestety, tak bywa, siły wyższe. Tak naprawdę zaczęliśmy i jednocześnie zakończyliśmy sezon, bo nie zanosi się, żebyśmy w tym roku jeszcze pograli. Chyba że pod koniec września, w październiku czy listopadzie będziemy mogli jeszcze porywalizować. Nie cieszyliśmy się z sukcesu długo. Trochę zeszło to na drugi plan przy tym wszystkim, co się teraz dzieje.

W Katarze wtedy już koronawirus był tematem numer jeden?

Tam nie odczuliśmy tego. Dopiero po przylocie do kraju zdaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie pozostaje nic innego jak siedzieć w domu i przeczekać to wszystko.

Przechodził pan obowiązkową kwarantannę?

Wróciliśmy dzień przed wprowadzeniem tego zalecenia, ale i tak w sumie nie wychodziłem potem z domu. Tyle co pobiegać w jakiejś spokojniejszej okolicy.

Przy obecnych obostrzeniach jeszcze trudniej o podtrzymanie kondycji?

W tamtym tygodniu chciałem jeszcze wyjść pobiegać w pobliskim lesie, ale nie da się. Pilnują, są patrole - wojsko, policja. Za dużo osób chciało wybrać się tam na spacer czy pobiegać w ostatnim czasie, więc wprowadzono kontrole. Pozostaje więc siedzieć w domu, a jak jest pogoda, to można coś porobić w ogrodzie. Jest też okazja uporządkować sprawy, na które nie ma się normalnie czasu.

Jak obecnie wyglądają pana ćwiczenia?

Wykonuję różnego rodzaju trening siłowy. Mam w domu cały sprzęt, nazbierałem przez całą karierę. Można się zmęczyć. To nie jest tak, że jak ćwiczy się w domu, to są to lekkie zajęcia. Jak człowiek chce i ma motywację, to może solidnie popracować.

Rodzina pewnie zadowolona, że jest pan na miejscu dłużej...

Tak długo jeszcze nie byłem w domu. Zawsze w którymś momencie były przygotowania do wyjazdu, ciągle życie na walizkach. Przy dwójce dzieci człowiek się nie nudzi. Czuję, że powoli kończy się ta moja kariera. Ale jeszcze trzeba zebrać siły i motywację na kolejny rok pracy. Na szczęście awans na igrzyska już mamy i mam nadzieję, że to się już nie zmieni.

Ma pan jakieś przecieki lub przypuszczenia na temat tego, jak ma wyglądać system kwalifikacyjny po przełożeniu zmagań olimpijskich?

Wydaje mi się, że najrozsądniej zrobić tak jak miało być pierwotnie, czyli kwalifikacje z rankingu potrwają do połowy czerwca, tyle że 2021 roku. Zobaczymy, czy będziemy jeszcze w ogóle grać w tym sezonie. Ale myślę, że zamknięcie listy w czerwcu 2021 byłoby najlepszą opcją. Ci, którzy zawalili ubiegły rok, zyskają drugą szansę, by się odbudować, potrenować spokojnie i walczyć o punkty jak już wszystko wróci do normalności.

Jak pan przyjął wiadomość o przełożeniu igrzysk w Tokio?

Wiadomo, że szkoda. Tym bardziej, że w tym roku złapaliśmy dobrą formę. Po powrocie zaczniemy wszystko od zera, cztery miesiące przygotowań poszły właściwie na marne. Powrót do zajęć też może nie być łatwy. Ciężko się trenuje dla samego treningu, gdy człowiek wie, że nie ma o co walczyć w najbliższym czasie.

Pierwotnie w tym roku chciał pan zakończyć karierę?

Były takie plany. Przede wszystkim chodzi o zdrowie. Mam już prawie 33 lata, zniszczony bark. Myślałem też, by przed tym sezonem poddać się operacji. Byłbym wyłączony z gry na około siedem miesięcy i pewnie wróciłbym w maju lub czerwcu. Tak to sobie planowałem, ale pod koniec roku wszystko się pozmieniało. Stwierdziłem, że jeszcze wytrzymam rok, bo nie jest tak źle. Gram na tabletkach i zastrzykach przeciwbólowych. Jak teraz życie pokazuje, operacja w listopadzie 2019 byłaby najlepszą opcją, bo teraz bym odpoczywał i we wrześniu pewnie byłbym już w formie.

Motywacja do pracy przed kolejnym rokiem gry może być problemem?

Igrzyska to taka impreza, że nie jest o nią trudno. Jeśli będzie zdrowie i nie będzie bolało supermocno, to motywacji nie zabraknie. Ale jeśli przytrafi się - odpukać - kontuzja, to człowiek straci potem drugie tyle czasu na rehabilitację. Ale to taki najgorszy scenariusz i mam nadzieję, że się nie sprawdzi.

Na czym polega problem z barkiem?

Mam w nim pęknięcia i zostaje tylko operacja, nic innego już nie pomoże. Zawsze jest opcja, że można wziąć tabletkę i pomęczyć się jeszcze trochę. Rozważam jeszcze - w zależności od tego, jak to się wszystko potoczy - pójście teraz na szybki zabieg. Jeżeli w tym roku już nie będzie grania, to może warto się na to zdecydować teraz i po igrzyskach jeszcze trochę pograć jak ręka będzie zdrowa.

Nie obawia się pan, czy na pewno zdąży w takim wypadku przygotować formę na turniej olimpijski?

Myślę, że spokojnie. Oczywiście, nikt mi nie zagwarantuje, że za dwa miesiące będę atakował. Tak odkładałem i odkładałem tę sprawę, ale obecnie siedzę i nie mam szansy normalnie trenować. Choć teraz i tak chyba nikt się tego nie podejmie.

Wyznaczył pan sobie ostateczny termin na podjęcie decyzji w tej sprawie?

Tak naprawdę musiałoby się to odbyć w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Potem każdy tydzień lub dwa bez treningu będą znaczyć więcej. A z doświadczenia wiem, że jak lekarz mówi o sześciu czy siedmiu miesiącach przerwy, to w praktyce oznacza to osiem-dziewięć. Poczekam jeszcze nieco i zobaczę, jak sytuacja się rozwinie.

W niektórych dyscyplinach sportowcy i eksperci powoli spisują już na straty resztę tego roku. Widzi pan jeszcze realną szansę na wznowienie zmagań w siatkówce plażowej jesienią?

Myślę, że w przypadku ciepłych krajów, takich jak Brazylia, realne byłoby granie w październiku czy listopadzie, nawet w grudniu. Ale trzeba czekać na odgórne decyzje, bo trener już nam dwa razy wysyłał plan przygotowań i za każdym razem na drugi dzień musiał go zmieniać, bo pojawiały się nowe zarządzenia. Wydawało się już, że Centralne Ośrodki Szkolenia będą otwarte zaraz po Wielkanocy, a na następny dzień była informacja z ministerstwa, że wszystkie zgrupowania są wstrzymane do końca maja. Nie ma więc sensu na razie cokolwiek planować.