Pod wieloma względami konfrontacja w Bełchatowie zapowiadała się jako najciekawsze spotkanie 20. kolejki siatkarskiej ekstraklasy. Starcie PGE Skry i Trefla nie zawiodło oczekiwań. Oba zespoły stworzyły bowiem stojące na wysokim poziomie widowisko, w którym nie brakowało emocji.
Najwięcej przyniosła końcówka trzeciego seta, w której PGE Skra prowadziła 23:21, ale wszystko rozstrzygnęło się w długiej grze na przewagi. W decydujących momentach dużymi umiejętnościami w hali Energia ponownie popisywał się Wlazły. Najpierw zagrywka, a następnie dwa jego ataki przechyliły szalę zwycięstwa na korzyść ekipy z Gdańska, co miało duży wpływ na końcowy sukces Trefla.
Bez wątpienia powrót Wlazłego do Bełchatowa był największym wydarzeniem meczu. Były kapitan PGE Skry po raz pierwszy wystąpił przeciwko klubowi, w którym spędził 17 lat i zdobywał najcenniejsze trofea.
37-letni atakujący przyznał, że zdążył już przyzwyczaić się do nowych barw, choć – jak żartował – pod względem kolorów nic się nie zmieniło.
– zaznaczył Wlazły.
Dodał, że PGE Skra to zawsze trudny przeciwnik, szczególnie we własnej hali. – ocenił atakujący Trefla, który w sobotę zdobył 20 punktów.
PGE Skra już wcześniej zastrzegła numer "2", z którym występował w jej barwach Wlazły. W sobotę zaś swoją legendę uhonorowała wielkim proporcem z nazwiskiem siatkarza, jego numerem i latami gry w Bełchatowie (2003-2020). Wzorem kubów NBA zawisł on pod sufitem hali.
Wlazły jak Jordan
– podkreślił prezes klubu z Bełchatowa Konrad Piechocki.
Wlazły dziękując za to wyróżnienie żałował, że na meczu nie było kibiców, bo – jak tłumaczył - nie miał okazji się z nimi pożegnać. – przyznał.
Trefl umocnił się na 3. miejscu w tabeli, a PGE Skra, która w sobotę doznała już ósmej porażki jest ósma. W kolejnym spotkaniu bełchatowianie już w środę podejmą Asseco Resovię Rzeszów. Z tym samym rywalem, ale w następną niedzielę zagrają podopieczni Michała Winiarskiego.