W piątek przekroczył bowiem sumę miliona koron (ok.440 tys. złotych) zarobionych na premiach w tym sezonie. A jeszcze w lecie ubiegłego roku żył wręcz na skraju ubóstwa, pomagała mu rodzina, a on sam pracował na zastępstwie na godziny w ... przedszkolu.
Przed Turniejem Czterech Skoczni Norweg wygrał aż pięć konkursów PS z rzędu, przechodząc do historii norweskich skoków jako pierwszy, który tego dokonał. Przyznał jednak szczerze, że ważne dla niego są też pieniądze zarobione na premiach.
- wyjaśnił skoczek na łamach portalu „Nettavisen”.
Podkreślił, że po kilku naprawdę chudych latach, kiedy nawet posiłek w sieciowym fast foodzie za 100 koron (44 złote) był luksusem, nie mówiąc już o pizzy, która dla niego dostępna była tylko w wersji mrożonej w supermarkecie, teraz może spełnić swoje największe kulinarne marzenie.
Jest nim kolacja z dziewczyną w restauracji polecanej przez przewodnik Michelina.
W Trondheim, gdzie mieszka, działają trzy lokale z jedną gwiazdką. W całej Norwegii jest ich 12, a „tania” kolacja na dwie osoby w takiej restauracji kosztuje ok. 3-4 tysiące koron (1300-1800 złotych), bez napojów. W trzygwiazdkowej w Oslo jest to już 6000 tysięcy koron (2600 złotych) za standardowe menu plus dwa za wino lub tysiąc za ... wodę i soki.
- powiedział Granerud.
Publiczne wyjawienie tego marzenia może mieć jednak także inne konsekwencje - zauważają lokalne media, m.in. wychodzący w Trondheim dziennik „Adresseavisen”.
Ich zdaniem fakt, że Granerud jest obecnie najpopularniejszym sportowcem w tym mieście i cieszy się statusem mega gwiazdy, może spowodować, że każda z "michelinowych" restauracji będzie chciała mieć go pierwszego przy swoim stole. Oszczędny z natury skoczek może być zatem kuszony bezpłatnymi zaproszeniami lokali, dla których będzie to doskonała okazja do reklamy.
- żartobliwie skomentowały sytuację norweskie media.