Majchrzak przegrał co prawda w Nowym Jorku w decydującej fazie kwalifikacji, ale potem uśmiechnęło się jednak do niego szczęście. Najpierw wycofał się Kevin Anderson z RPA, a następnie Kanadyjczyk Milos Raonic. To właśnie tego ostatniego w obsadzie imprezy zastąpił piotrkowianin.

Tym samym do pięciu wzrosła liczba Polaków w singlowej rywalizacji w tegorocznej edycji zawodów na kortach Flushing Meadows. Ponad pięć lat trzeba było czekać na taką sytuację. W Wimbledonie 2014 w grze podwójnej wystąpiło siedmioro biało-czerwonych, a w kolejnych latach - aż do teraz - liczba ta nie przekraczała czterech.

Zajmujący 94. miejsce w rankingu ATP Majchrzak wykorzystał szansę podarowaną przez los. Jarry pochodzi z tenisowej rodziny - jego dziadek Jaime Fillol był legendą Chile w tej dyscyplinie. Miał nad przewagę nad Polakiem nie tylko w postanie nie tylko lepszej pozycji na światowej liście (73.), ale także wzrostu (mierzy 1,98 m i jest o 15 cm wyższy od piotrkowianina) oraz większego doświadczenia w Wielkim Szlemie i cyklu ATP. Najlepiej czuje się on jednak na kortach ziemnych (w czerwcu w Bastad wygrał pierwszy w karierze turniej ATP właśnie na tej nawierzchni), co sprzyjało podopiecznemu Tomasza Iwańskiego.

W pierwszym secie obaj zawodnicy dobrze pilnowali własnego podania - nie było ani jednego "break pointa". W tie-breaku Chilijczyk odskoczył na 5-2, zdobywając trzy punkty z rzędu, w tym dwa przy serwisie rywala i to pozwoliło mu pewne zwycięstwo w tej części inauguracyjnej partii. Druga również zaczęła się po jego myśli - po przełamaniu prowadził 2:1, a zaraz potem podwyższył na 3:1. Polak odrobił stratę w ósmym gemie. Obaj tenisiści zmarnowali poza tym jeszcze po dwie okazje na "breaka". Tym razem tie-break od początku układał się po myśli niżej notowanego z graczy.

W trzeciej odsłonie znów nikt nie stracił podania, ale Majchrzak był tego bliski trzykrotnie w 10. gemie. Jednocześnie były to piłki setowe dla Jarry'ego, który w przeszłości był 38. tenisistą świata. Kolejne trzy szansę na objęcie prowadzenia w całym spotkaniu gracz z Ameryki Południowej miał w tie-breaku, ale znów podopieczny Iwańskiego wyszedł z opresji. Zrobił to w efektownym stylu - od stanu 3-6 zdobył pięć punktów z rzędu. Zmobilizowany rywal błyskawicznie odrobił stratę i zawodnicy szykowali się do piątej, decydującej partii.

23-letni Polak po raz pierwszy w Wielkim Szlemie pięciosetowy pojedynek zaliczył w pierwszej rundzie styczniowego Australian Open. Prowadził wtedy 2:0 w setach z Japończykiem Kei Nishikorim, ale potem nie wytrzymał intensywności gry i zaczęły łapać go skurcze. Skreczował w piątej odsłonie. Wyciągnął jednak wnioski z tamtej bolesnej porażki. Teraz bardzo szybko wygrywał własne gemy serwisowe, a to rywal coraz częściej się mylił. Przełamanie na wagę zwycięstwa w tej partii i całym meczu zanotował przy stanie 4:4. Spotkanie - po trzech godzinach i 40 minutach - zakończył serwisem, z którym nie poradził sobie rywal.

Jarry miał bardzo dużą przewagę pod względem punktów zdobywanych za sprawą asów (33 do 11) i uderzeń wygrywających (74 do 37). Chilijczyk miał z kolei jednak też znacznie więcej niewymuszonych błędów, których zaliczył aż 60, tj. dwa razy więcej niż piotrkowianin.

Majchrzak debiutuje w głównej drabince US Open. To jego trzeci występ w zasadniczej części zmagań wielkoszlemowych. Zadebiutował we wspomnianej pechowej imprezie w Melbourne, a w lipcowym Wimbledonie w pierwszej rundzie musiał uznać wyższość rywala.

Teraz czeka go pojedynek z Pablo Cuevasem. 33-letni Urugwajczyk jest 53. rakietą świata i ma na koncie sześć wygranych imprez ATP, ale wszystkie na kortach ziemnych. Na twardej nawierzchni w Nowym Jorku nigdy nie przeszedł drugiej rundy. W Wielkim Szlemie udało mu się to cztery razy - zawsze we French Open. Polak zmierzył się z nim dotychczas raz - cztery lata temu grali przeciwko sobie w meczu ligi niemieckiej na "cegle" - Cuevas wygrał w trzech setach.

Fręh walczyła, ale nie dała rady

Zajmująca 221. miejsce w rankingu WTA Fręch co prawda nie trafiła na otwarcie na zawodniczkę z czołówki, ale i tak faworytką była 90. w tym zestawieniu Siegemund.

W odsłonie otwierającej ich pierwszą w karierze konfrontację kibice obejrzeli aż pięć przełamań. Cztery z nich padły w kolejnych gemach, począwszy od stanu 2:2. Końcówka partii była bardzo wyrównana, a przesądzający okazał się "break", który niespełna 22-letnia łodzianka zanotowała przy wyniku 5:5, wykorzystując trzecią na to szansę. Po chwili sama broniła się przed stratą podania, a następnie wykorzystała trzecią piłkę setową.

W dalszej części pojedynku do głosu coraz bardziej zaczęła dochodzić do głosu 31-letnia Niemka. Przy stanie 1:1 w trzeciej partii podopieczna Andrzeja Kobierskiego zmarnowała jedną szansę na przełamanie, co zemściło się na niej w kolejnym gemie. Następnie obie tenisistki przeważnie szybko zapisywały na swoim koncie własne gemy serwisowe i Siegemund doprowadziła do remisu w całym spotkaniu.

Po jej myśli zaczęła się także decydująca odsłona - prowadziła w niej 3:1. Polka wyrównała stan rywalizacji, odrabiając stratę podania, ale zaraz potem znów sama została przełamana. Pierwszą piłkę setową Niemka, która trzy lata temu była 27. rakietą świata, miała w dziewiątym gemie, ale wówczas jeszcze Polka się wybroniła. Nie udało jej się jednak tego powtórzyć w kolejnym.

Był to trzeci występ łodzianki w głównej drabince Wielkiego Szlema. W poprzednim sezonie przegrała mecz otwarcia w Australian Open, a we French Open dotarła do drugiej rundy. W tym roku we wszystkich trzech wcześniejszych odsłonach zmagań tej rangi odpadła w pierwszej rundzie eliminacji.

Siegemund, która ma na koncie dwa wygrane turnieje WTA w singlu, w Wielkim Szlemie może pochwalić w tej konkurencji dotarciem do trzeciej fazy rywalizacji. Dwukrotnie dokonała tego w 2016 roku, w tym w Nowym Jorku. Jej najlepsze wspomnienia związane z US Open dotyczą jednak miksta. Właśnie trzy lata temu triumfowała w nim na kortach Flushing Meadows w parze z Chorwatem Mate Paviciem.

Świątek szybko, łatwo i przyjemnie

Gdy okazało się, że 49. miejsce w rankingu WTA Świątek trafiła na otwarcie na starszą o cztery lata i sklasyfikowaną na 93. pozycji Jorovic, wiadomo było, że los się uśmiechnął do nastolatki. Serbka nie ma jako seniorka żadnych większych sukcesów. W głównej drabince w Wielkim Szlemie wystąpiła teraz - podobnie jak Polka - po raz czwarty. O ile jednak warszawianka może pochwalić się 1/8 finału French Open, to najlepszym wynikiem zawodniczki z Bałkanów w zawodach tej rangi jest druga runda lipcowego Wimbledonu.

Spotkanie było całkowicie jednostronne. W pierwszym secie, który trwał 21 minut, Świątek oddała rywalce łącznie zaledwie pięć punktów. Nastolatka przyzwyczaiła już, że dysponuje dużą siłą uderzenia i wykorzystywała to tego dnia. Jorovic z kolei nie miała żadnych argumentów.

Druga odsłona była nieco bardziej zacięta, ale Serbce przyniosło to jedynie wygranie jej pierwszego gema serwisowego, kiedy dwa razy wybroniła się przed przełamaniem. Nieco później z kolei - przegrywając 1:3 - sama miała dwie szanse na "break pointy", ale przeciwniczka wybroniła się, zdobywając punkty bezpośrednio serwisem. W końcówce meczu własne podanie ją nie zawodziło, a dodatkowo Serbka znów się myliła i pojedynek zakończył się szybkim zwycięstwem faworytki.

Była to pierwsza konfrontacja tych tenisistek. Świątek zaliczyła cztery asy, a Jorovic jeden. Serbka dodatkowo miała cztery podwójne błędy. Niewymuszonych popełniła 20, przy siedmiu po stronie Polki. Przewaga tej ostatniej była także widoczna w statystyce uderzeń wygrywających - miała ich 23, a rywalka sześć.

W drugiej rundzie warszawiankę, rozgrywającą pierwszy w pełni "dorosły" sezon, czeka pierwszy w karierze pojedynek z Sevastovą. 29-letnia tenisistka bardzo dobrze czuje się na nowojorskich kortach. To na nich odnosiła dotychczas największe sukcesy w Wielkim Szlemie. Rok temu dotarła do półfinału, w latach 2016-17 odpadła rundę wcześniej. Łotyszka ma na koncie cztery wygrane imprezy WTA. W tym sezonie triumfowała raz - w Jurmale, gdzie w finale pokonała Katarzynę Kawę.

Zmęczenie Hurkacza

Hurkacz nie miał wiele czasu na przygotowanie do tego spotkania. W sobotę triumfował bowiem w turnieju ATP w Winston-Salem, zdobywając debiutancki tytuł w imprezie cyklu.

Życiowy sukces kosztował 22-letniego tenisistę sporo sił, a układ planu gier w Nowym Jorku sprawił, że przyszło mu zaprezentować się na kortach Flushing Meadows już pierwszego dnia zmagań. Skutki tego widać było podczas pojedynku z Chardym - gra Polaka falowała. Nie można mu odmówić ambicji i walki, ale zmęczenie sprawiło, że poza efektownymi zagraniami przytrafiało mu się też sporo błędów i przestojów.

W poniedziałek po raz pierwszy w karierze zmierzył się ze starszym o 10 lat Chardym. Wrocławianin jest obecnie 35. rakietą świata, a Francuz 74. Doświadczony rywal, który sześć lat temu, był 25. na liście ATP, już nieraz jednak udowadniał w Wielkim Szlemie, że gra regularnie i jest w stanie zagrozić wyżej notowanym przeciwnikom.

Pojedynek toczył się w szybkim tempie. Choć składał się z pięciu setów, to trwał niewiele ponad trzy godziny. Pierwszego co prawda zaczął od straty podania, ale potem to on przejął inicjatywę, czego efektem były dwa przełamania i pewne wygranie tej partii. W drugiej role się odwróciły - początkowo obaj zawodnicy nie byli w stanie wykorzystać szans na "breaka". W czwartym gemie udało się to Chardy'emu, co okazało się kluczowe dla losów tej odsłony.

Hurkacz nie poddawał się i trzecią partię zaczął od prowadzenia 2:0. Chwilę później pozwolił jednak rywalowi na odrobienie strat. W piątym gemie dwa razy obronił się przed stratą podania. W tie-breaku cztery razy prowadził różnicą dwóch punktów, ale najpierw trzykrotnie pozwolił przeciwnikowi ją zmniejszyć, a następnie doprowadzić do remisu. Po chwili obronił piłkę setową, a na koniec pomógł sobie serwisem.

Czwarta odsłona nie miała większej historii - Francuz wyraźnie dominował, a Polaka znów dopadło zmęczenie. O zwycięstwie Chardy'ego w decydującej odsłonie przesądził "break" przy stanie 2:2. Hurkacz wybronił się dwa razy przed przełamaniem, ale przy kolejnym razie spasował. Obronił później jeszcze piłkę meczową, ale Chardy drugą z szans wykorzystał, posyłając winnera po prostej.

Był to pierwszy pięciosetowym pojedynek w karierze wrocławianina. Posłał on 16 asów, a jego przeciwnik o jednego mniej. Polak miał też siedem podwójnych błędów, a Francuz sześć. Hurkaczowi nie pomógł fakt, że zanotował mniej niewymuszonych błędów - 43, przy 59 u rywala. Chardy jednak miał wyraźną przewagę pod względem uderzeń wygrywających - 73 do 41.

Zawodnik z Wrocławia straci teraz nieco punktów - w ubiegłorocznym debiucie w US Open dotarł do drugiej rundy. Teraz nie opuszcza jeszcze Nowego Jorku - zgłosił się dodatkowo również do debla.

W grze podwójnej sukcesy odnosił w przeszłości Chardy, który przez pewien czas był partnerem Łukasza Kubota. W singlu jego największym sukcesem w Wielkim Szlemie jest ćwierćfinał Australian Open z 2013 roku. W Nowym Jorku dotarł najdalej do 1/8 finału, co mu się udało cztery lata temu.