Przed spotkaniem Świątek spodziewała się trudnej przeprawy i podkreślała, że niski ranking Any Konjuh nie wynika z braku umiejętności tylko faktu, że wraca ona do rywalizacji po problemach z łokciem. Zdradziła jednak, że ufa swojemu teamowi, który miał za zadanie rozpracować rywalkę i rozrysować taktykę na zwycięstwo.

Reklama

"Planem miało być to, żeby spowodować, żeby była jak najwięcej w ruchu i nie grać piłek pół metra od niej. Nie mogę powiedzieć, że plan się nie powiódł, bo to nie jest tak, że przegrałam ten mecz, tylko ona ten mecz wygrała. Nie mam sobie nic do zarzucenia, może poza tym, że w pierwszym secie niepotrzebnie traciłam energię na denerwowanie się".

W pierwszym secie Konjuh była dysponowana wprost rewelacyjnie i nie pozwalała Świątek na wiele. Polka z niedowierzaniem patrzyła na celne uderzenia Chorwatki po przekątnej kortu, które skutecznie kończyły dosyć krótkie wymiany. "Po meczu powiedziała, że jej taktyką była gra na granicy ryzyka i nie dopuszczanie do dłuższych wymian, żeby nie prowokować niewymuszonych błędów. Mam dla niej wielki szacunek, bo grała szybko, agresywnie i stabilnie. Jeśli ją kontrowałam dostawałam z powrotem piłkę lecącą w jeszcze szybszym tempie. Mentalnie też jest świeża, widać, że cieszy się z każdego meczu" - podsumowała przegrany 3:6 pierwszy set nasza zawodniczka.

Drugi set rozpoczął się od kilku niewykorzystanych szans na przełamanie po obu stronach i wreszcie nieco dłuższych wymian. Świątek grała cierpliwiej, uderzając w środek kortu i czekając na potknięcie rywalki. Opłaciło się, bo - mimo dwóch piłek na przełamanie w piątym gemie - Konjuh przegrała cztery kolejne gemy i zrobiło się 1:1. W decydującej partii Konjuh wróciła do formy z seta nr 1 i niespodziewanie, aczkolwiek zasłużenie, wyrzuciła Polkę za burtę.

"Jestem trochę zła na siebie za drugi serwis, bo ona naprawdę zaciekle i skutecznie go atakowała. Wywierała tym na mnie presję, a ja nie miałam pojęcia, co mam zmienić. Myślałam też, że ona odczuje trudy dzisiejszego pojedynku bardziej niż ja - bo było bardzo parno i duszno - ale tak się nie stało. To był ciężki i wymagający mecz. Szkoda, ale cieszę się dla niej. Wróciła do tenisa i pokazuje, że może wygrywać. To fajna historia" - powiedziała 19-letnia tenisistka.

Szkoda też szansy na dalsze zaistnienie w Miami Open, bo w związku z wycofaniem się z turnieju Simony Halep kolejną rywalką Świątek miała być Anastazja Sewastowa z Łotwy. Jest to niżej notowana rywalka niż Polka, co wróżyło spore nadzieje na awans do ćwierćfinału. "Nie patrzę na drabinkę, nie wiedziałam, kto na mnie czeka w kolejnej rundzie. Ze względu na zamrożony ranking losowanie tutaj nie ma wielkiego znaczenia, bo pierwszych rundach gra się z przeciwniczkami na poziomie top 5 lub 10. Przestałam zwracać na to uwagę. Chcę grać z rywalkami, które są cały czas w formie i mają szlemy na koncie. W tym roku - poza dniem dzisiejszym i pierwszym turniejem w Melbourne - przegrałam tylko z Halep i Muguruzą w ich najlepszej dyspozycji" - zwróciła uwagę Świątek.

Zanim Polka ruszy teraz na podbój swojej ulubionej mączki nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w deblu, gdzie gra z doświadczoną Amerykanką Bethanie Mattek-Sands. Ich starcie z Chinkami Shai Zheng i Yi-Fan Xu w 1/8 finału odbędzie się w niedzielę. "Fajnie się z Bethanie dogadujemy, a za tym idzie zgranie na korcie. Nie mam oczekiwań, ale z pewnością powalczymy o zwycięstwo" - zakończyła Świątek.