"Jego imię było w Rosji synonimem tenisa" - mówił o zmarłym w poniedziałek Borysie Jelcynie jego wieloletni przyjaciel, słynny trener Szamil Tarpiszew. "Moment, w którym Jelcyn wziął do ręki rakietę był najważniejszy w rosyjskiej historii tego sportu." - dodaje.

Na początku lat 90. Jelcyn jako pierwszy rosyjski dygnitarz sfotografował się na korcie z rakietą. Uwielbiany, rubaszny prezydent darzył tę grę wielką miłością, która wkrótce miała ogarnąć cały kraj. W latach 50. prezydent Eisenhower uczynił z golfa obowiązkową dyscyplinę amerykańskich elit.

Jelcyn zrobił w Rosji dla tenisa coś więcej - zrównał go popularnością z piłką nożną i hokejem. Razem z Jelcynem na Kreml wprowadził się trener Tarpiszew. Sowiecki reżim już wcześniej utrzymywał tenisowego szkoleniowca. Wtedy z jego pomocy korzystali wysocy rangą członkowie partii, dyplomaci i szpiedzy.

Tenis był także obowiązkowym elementem przygotowania kosmonautów, jako dyscyplina, która pozwala zrelaksować mózg. Oficjalnie jednak tenisa nie ceniono. Jednak w ślad za Jelcynem nad bekhendem i forhendem zaczęły pracować rosyjskie elity. Za nimi poszły masy. "Tenis uznawany kiedyś za grę salonową stał się narodową dyscypliną i nowym sposobem na życie Rosjan" - mówił Tarpiszew.

Wsparcie Kremla nie polegało tylko na dobrym przykładzie. W 1992 r. Jelcyn dał narodowej fundacji sportu Tarpiszewa prawo zarabiania milionów na imporcie nieopodatkowanego alkoholu i papierosów. Działalność fundacji zakończyła się kryminalnym skandalem i zawirowaniami w sferach władzy, ale trenerowi nie postawiono zarzutów. A najmniej stracił na tym tenis. "Brudne pieniądze zainwestowane w korty wyglądają lepiej niż ukryte na tajnych kontach" - mówił sportowy dziennikarz „Izwiestii” Jewgienij Zujenko.

Korty zaczęto budować, jak kraj długi i szeroki, nawet na zapadłej prowincji. Do szkół tenisowych zapisywały się tysiące adeptów. Rosjanie na co dzień oglądali nędzę, ale z zapartym tchem czytali o zarabiającej miliony Annie Kurnikowej. "Dla biednych tenis stał się tym, czym NBA dla czarnych Amerykanów, jedyną szansą" - mówił popularny w latach 90. tenisista Aleksander Wołkow.

Na efekty tenisowej eksplozji talentów nie trzeba było długo czekać. W 1992 r. pojawił się Jewgienij Kafielnikow. Wygrał French Open i Australian Open po czym... zajął się szachami. Następny był Marat Safin i cała seria pięknych tenisistek. Jako pierwsza masową wyobraźnią zawładnęła Anna Kurnikowa. Potem pojawiły się zawodniczki, które poza urodą mają także talent: Jelena Dementiewa, Anastazja Myskina, Dinara Safina, Anna Czakwetadze i wreszcie najjaśniejsza z gwiazd - Maria Szarapowa.

Dziś w czołowej 10 światowego rankingu WTA są cztery Rosjanki, kolejnych sześć w pierwszej 50. Jelcyn był też najwierniejszym kibicem tenisa. Powiedział kiedyś, że pamięta imię każdego z rosyjskich graczy. Nie opuszczał żadnego turnieju w Moskwie, jeśli pozwalało mu na to zdrowie. Był jedną z najważniejszych osób na trybunach Roland Garros podczas rosyjskiego finału w 2004 r. Pierwszy gratulował Myskinie, gdy pokonała Dementiewą. "Jest dla mnie jak dziadek, daje mi tenisowe wskazówki, to naprawdę słodkie" - mówiła Anastazja.

Kiedy w 2002 r. Rosja walczyła z Francją o pierwszy w historii Puchar Davisa, Jelcyn ogłosił się maskotką drużyny. Jak szalony dopingował Kafielnikowa i Jużnego, a potem powiedział, że po ich sukcesie był najbardziej dumny w życiu. Podobnie było po triumfie Rosjanek w Pucharze Federeacji w 2004 r. i ich kolegów w Pucharze Davisa przed rokiem.

Jelcyn zmarł na serce w dniu, kiedy Rosjanki pokonały Hiszpanię 5:0 w Pucharze Federacji.