Najpierw upadł mit mówiący, że piłka nożna jest dyscypliną sportu, w której Niemcy zawsze wygrywają. Reprezentacja naszych zachodnich sąsiadów nie ukrywała, że jedzie do Rosji po to, by obronić tytuł mistrzów świata – co od 1962 r. nie udało się nikomu – i była postrzegana jako jeden z głównych pretendentów do zwycięstwa w turnieju. Tymczasem skończyło się katastrofą i kompromitacją. Szczęśliwa wygrana ze Szwecją oraz przegrane z Meksykiem i Koreą Południową spowodowały, że Niemcy zajęły ostatnie miejsce w grupie i po raz pierwszy od 1938 r. pożegnały się z mistrzostwami świata już po pierwszej rundzie. I nie było w tym żadnego przypadku czy nieszczęśliwego zbiegu okoliczności – Niemcy grali słabo i nie było w ich składzie absolutnie żadnych jasnych punktów.

Sport sportem – porażki się zdarzają. Gorzej, że tydzień po finale rosyjskich mistrzostw, czyli trzy i pół tygodnia po tym, jak ekipa Joachima Löwa jak niepyszna wróciła do kraju, upadł jeszcze jeden mit – harmonijnie funkcjonującej multikulturowej reprezentacji narodowej.

Mający tureckie korzenie i będący kluczową postacią zespołu Mesut Özil opublikował w ostatnią niedzielę ma Twitterze długi list, w którym poinformował, że rezygnuje z gry w reprezentacji. Z ciężkim sercem i po długich rozważaniach ostatnich wydarzeń podjąłem decyzję, że nie będę więcej grał w reprezentacji Niemiec z powodu rasizmu i braku szacunku – napisał. O poniżanie oskarżył przede wszystkim szefa niemieckiego związku piłkarskiego DFB. W oczach Reinharda Grindela i jego popleczników jestem Niemcem, kiedy wygrywamy, ale kiedy przegrywamy – imigrantem. Nie będę dłużej odgrywał roli kozła ofiarnego dla usprawiedliwienia jego niekompetencji i niezdolności do właściwego wykonywania obowiązków – wyjaśnił.