Toczący się w pełnym słońcu pojedynek z Amerykanką Christiną McHale był pełen dramaturgii. Ostatecznie krakowianka wygrała po spędzeniu dwóch godzin i 43 minut na korcie 5:7, 7:6 (9-7) 6:3. W tie-breaku najpierw odrobiła stratę 2-5, a potem jeszcze obroniła dwie piłki meczowe.

"Jak wygrałam ten mecz? Chyba sercem i ambicją, bo na pewno nie kondycją" - zaznaczyła z uśmiechem na konferencji prasowej rozstawiona z "dziewiątką" Polka.

Zwróciła uwagę na panujący podczas spotkania upał i przyznała, że miała lepsze i gorsze momenty, jeśli chodzi o samopoczucie.

"Szczerze mówiąc, najlepiej czułam się w trzecim secie, czyli po dwóch godzinach gry. Może dlatego, że tych emocji było trochę mniej niż w pierwszych dwóch setach, nerwy puściły" - analizowała.

Dodała, że po ostatnich kłopotach zdrowotnych pod względem fizycznym czuje się już dobrze, ale sama nie spodziewała się, że wytrzyma trzy godziny walki na korcie.

"Jak ktoś by mi powiedział tydzień temu, że wygram trzygodzinny mecz i to jeszcze w takim upale, to bym stwierdziła, że się chyba pomylił, bo to na pewno nie ja. W ogóle nie czułam się na siłach, absolutnie. Każda godzina była dla mnie maksimum. Zaskoczyłam samą siebie, że mogłam wygrać taki mecz w bardzo trudnych warunkach" - podkreśliła.

Zaznaczyła, że przed nią jeszcze daleka droga do odbudowania formy.

"Są jakieś przestoje. Czuję na korcie, że raz jest lepiej, a raz gorzej. Nogi jeszcze nie chodzą tak, jakby się chciało, tej szybkości niekiedy brakuje. Chciałoby się szybciej, ale jest jeszcze rezerwa. Ale na pewno idzie to w dobrym kierunku" - zastrzegła.

Zwróciła uwagę, że zaliczenie tak trudnego spotkania oznacza zmęczenie, ale jest ważne i zaprocentuje w dalszej części roku.

"To dobry trening nawet jak nie na ten turniej, to na cały sezon, bo rzadko zdarza się, by grać trzy godziny i to jeszcze w takich warunkach. To fajne przetarcie. Oczywiście, wolałoby się wygrać w godzinę czy półtorej. Tym bardziej, że na trawie wszystko odczuwa się dwa razy bardziej i tym bardziej, że nie przyjechałam tutaj w stu procentach gotowa. To wszystko się odkłada, ale ten jeden dzień przerwy pomoże" - zapewniła.

Po pierwszej rundzie na pytanie o obecną dyspozycję stwierdziła, że o ile w Eastbouarne czuła się jak piżamie, to w meczu z Serbką Jeleną Jankovic była już do połowy ubrana.

"Teraz jest już coraz bliżej. Można powiedzieć, że jestem już ubrana, ale dalej w kapciach. Chcę iść, ale jeszcze mam te kapcie i nogi czasem jeszcze odjeżdżają" - podsumowała.

Trudno jej było wskazać jeden najbardziej emocjonujący pojedynek, w którym broniła piłki meczowe.

"Kilka takich było. Z meczbolami bardzo zapadł mi w pamięci mecz w Madrycie ze Swietłaną Kuzniecową. Był tam tie-break w trzecim secie i chyba nawet w nim 3-6. Broniłam bodajże trzech piłek meczowych. To była trudna sytuacja, ale i bardzo dobry mecz, od początku do końca" - wspominała.

Przyznała, że w czwartek nieco pewniej poczuła się po wygraniu tie-breaka w drugiej partii.

"Potem zaczęłam grać nieco bardziej agresywnie. Zrobiło się nieco łatwiej. Ale od pierwszego do ostatniego punktu w tie-breaku sytuacja była na styku. Bardzo się cieszę, że zdołałam wrócić wtedy" - podkreśliła.

Pochwaliła za występ w tym meczu McHale. Wskazała przede wszystkim na świetną dyspozycję serwisową Amerykanki.

"Serwowała niewiarygodnie, zwłaszcza w pierwszym secie. Wydaje mi się, że procent pierwszego podania miała naprawdę dobry. Serwować cały czas z prędkością 113-114 mil na godzinę, to imponujące" - oceniła.

Przyznała, że dla jej rywalki wyjście na trzecią partię musiało być trudne.

"To nie jest zabawne, gdy musisz wyjść rozegrać kolejny set, kiedy prawie wygrałeś w dwóch odsłonach. To bardzo trudne mentalnie, by wciąż mieć motywację i walczyć właściwie od początku. Wydaje mi się, że to było trochę łatwiejsze dla mnie, niewiele brakowało, a byłabym w drodze do domu. W trzeciej partii zyskałam nową szansę" - zaznaczyła.

W trzeciej rundzie rywalką Polki będzie rozstawiona z numerem 19. Szwajcarka Timea Bacsinszky.