Ja robię niewiele. Kluczem do sukcesu są koledzy, którzy podają. Pobiłem ten rekord tylko dlatego, że zawsze grałem w dużych, prestiżowych klubach, ze znakomitymi piłkarzami w składzie.
Miałem świetnych asystentów. W spotkaniu z Celtikiem pięknie podał mi Cafu. Tak więc za ten rekord dziękuję wszystkim moim kolegom.
To było bardzo dziwne wrażenie, trudne do opisania. Chwilę po trafieniu do siatki czułem wewnętrzną radość i spokój. Niektórzy piłkarze mówią, że futbol to dla nich poświęcenie, ale
dla mnie jest właśnie radością. Niczego się nie wyrzekam. Uwielbiam grać na mrozie, błocie czy klepisku. Mam entuzjazm młodego chłopca. To jest moja siła. Pokazałem to w meczu z
Celtikiem.
Obronił kilka niesamowitych strzałów, pokazał, że jest świetnym bramkarzem. Ale każdego da się przechytrzyć.
O nie. Po tamtym osiągnięciu nie spałem chyba przez dziesięć nocy z rzędu. I wcale tak bardzo nie świętowałem. Po prostu bardzo to wszystko przeżywałem.
Rzeczywiście. Nie wiem, jak długo będę się bronił przed ich atakami, bo jestem od nich trochę starszy. Ale moim idolem jest Paolo Rossi. On się nigdy nie poddawał.
Simo jest chyba jeszcze bardziej zadziorny ode mnie. Jemu udało się strzelić cztery gole w jednym meczu Ligi Mistrzów, a mnie nigdy. Gdyby włoski futbol miał więcej takich braci, nie
balibyśmy się grupy z Francją, Holandią i Rumunią w mistrzostwach Europy.
Oczywiście, tego nie da się zapomnieć. Grałem wtedy w Parmie, zdobyłem dwie bramki w jednym meczu, jedna ładniejsza od drugiej. Dzięki mnie awansowaliśmy dalej.
Teraz zbliżają się klubowe mistrzostwa świata w Tokio. Najpierw zdobędziemy ten tytuł. Ostatni Puchar Interkontynentalny wywalczyliśmy ładnych parę lat temu, więc najwyższy czas na kolejny
taki sukces. Potem są ćwierćfinały Ligi Mistrzów. Awansujemy bez problemu. A potem finał. Wygramy go. Taki jest mój plan na najbliższe miesiące.