Taką historię opowiedział śledczym Janusz O., były sędzia drugiej ligii.
Jak zeznał, po meczu spotkał się na stacji benzynowej, gdzieś pod Częstochową, z Wiesławem K., kierownikiem drużyny Arki. On wręczył mu pieniądze. "Po powrocie do Radomia porozwoziłem moich asystentów do domów, a sam poszedłem się zabawić. Zostawiłem auto na parkingu. Kiedy do niego wróciłem, zorientowałem się, ze ktoś włamał się do samochodu i ukradł te pieniądze. Z oczywistych względów nie powiadomiłem policji" - wyjaśniał arbiter we wrocławskim sądzie.
Z kolei inny sędzia, Piotr S. ze Szczecina, jeszcze ciekawiej tłumaczył, jak otrzymał pieniądze.Twierdził, że kierownik drużyny Arki wrzucił mu kopertę do bagażnika. Sędzia nie wiedział, co ma zrobić. Czy gonić działacza? Czy się z nim szarpać?
W końcu doszedł do wniosku, że pojedzie do domu, zastrzegając, że nie miał wówczas pojęcia, co jest w środku koperty. Dopiero po dwóch dniach ją otworzył, po czym stwierdził, że zawartość to 20 tysięcy złotych, a nie - jak twierdzi sąd - 43 tysiące.
Ta historia wzbudziła sporą wesołość na sali rozpraw - opisuje "Przegląd Sportowy".