Walka może była, ale tenisem bym tego nie nazwała. Rzeczywiście na początku serwis mi wchodził, tylko dzięki temu pierwszy set poszedł gładko. Potem rywalka zaczęła dochodzić do głosu.
Jedno, co było w jej grze dobre, to długie piłki zagrywane pod nogi na końcową linię. Nic nie mogłam z nimi zrobić. Może rzeczywiście nie gra jak ktoś z trzeciej setki rankingu. Oceniłabym ją na miejsce 150. czy 120.
Wszystko jakoś ciężko mi szło. Kiedy przyjechaliśmy tu z Kalifornii, trafiliśmy na fatalną pogodę, padał deszcz, więc niewiele trenowałam. Zresztą od początku miałam wrażenie, że nie czuję tych kortów w Miami. W Indian Wells też nie grało mi się idealnie, ale trzymałam swój poziom. Nie wygrywałam łatwo, ale w kluczowych momentach byłam w stanie postawić kropkę nad "i". Tu było trzy razy gorzej.
Musiałam wezwać lekarza, bo ze stopami było naprawdę źle -- piekły mnie, w pewnym momencie pojawił się ostry ból. Z tym akurat zawsze mam problem. A kolana już od jakiegoś czasu mam przeciążone. Ostatnio często grywałam z opaskami podtrzymującymi. Niestety nie założyłam ich na debla dzień wcześniej. Przegrany mecz z Kuzniecową i Mauresmo był bardzo ciężki. Prawie dwie godziny biegania i znów nadwerężyłam stawy. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale po trzech miesiącach intensywnej gry na twardym korcie kolana naprawdę bolą.
Nie tyle się cieszę, ile wiem, że nie da się grać kilkunastu turniejów z rzędu na dobrym poziomie. Musiałabym być maszyną. Zdarzają się wyże i niże formy, zwłaszcza w kobiecym tenisie. W Miami nie obroniłam punktów, ale nie ma tragedii. W Indian Wells zarobiłam dużo na zapas, więc spadek w rankingu nie będzie duży - taki spadek z miękkim lądowaniem.
Raczej tak. Na razie nie wyjeżdżam z Miami. Tu są dobre warunki do trenowania na kortach ziemnych, dużo sparingpartnerek. I można miło spędzić czas, może uda mi się trochę z tego skorzystać.