"Od początku chciałem być biegaczem" - wyjawia Powell DZIENNIKOWI. Co prawda, kusiła go piłka nożna. Ale coś mówiło mu, że nie zrobi kariery jako zawodowy piłkarz. Zresztą jego starszy brat był sprinterem. To właśnie Donovan był jego pierwszym trenerem.
Teraz najszybszy człowiek świata, który potrafi przebiec 100 metrów w czasie 9,77 s., żyje sobie spokojnie na Jamajce. Nie chce przenosić się do mekki sportowców - USA. Jak mówi DZIENNIKOWI, tam musiałby robić to, co mu każą. A na Jamajce jest sam sobie panem.
Bo Powell nie chce robić z siebie gwiazdy. Jest skromnym człowiekiem, wychowanym przez rodziców na porządnego chrześcijanina. Nie chce imponować swym majątkiem. Dla niego najważniejsze jest dobrze i czysto pobiec.
Jak obiecuje DZIENNIKOWI, nikt nigdy nie przyłapie go na dopingu. Bo do swych rekordów doszedł ciężką pracą. Zresztą, jako wierzący chrześcijanin, nigdy nie zgodziłby się oszukiwać w sporcie.