Dziennik Gazeta Prawana logo

Leo Beenhakker wzorował się na polskim trenerze

12 października 2007, 14:23
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę
Jest trenerem od 1965 r., pracował w ośmiu różnych krajach. I mimo że miałby prawo mieć futbolu po dziurki w nosie, ciągle jest w nim pasja. Kiedy odwiedził redakcję DZIENNIKA, zaskoczył nas stwierdzeniem, że wzorował się na polskim trenerze Antonim Brzeżańczyku, który w latach 70. prowadził Feyenoord Rotterdam.

DZIENNIK: Ma pan 64 lata. Po co pan jeszcze pracuje? Nie chciał pan poświęcić czasu rodzinie, odpocząć, poczytać książki? Pieniędzy panu nie brakuje.
Leo Beenhakker: Ależ ja odpoczywam, dla mnie ta praca to relaks. Lubię to, co robię, i tak długo, jak sprawia mi to satysfakcję, nie chcę przestawać. Być może kiedyś wstanę z łóżka i poczuję, że nie jestem w stanie dalej działać na pełnych obrotach. Ale na razie ciało nie odmawia posłuszeństwa. Jestem w pełni sprawny i wydaje mi się, że wiek w moim wypadku nie jest przeszkodą, ale zaletą. Poza tym Alex Ferguson jest moim rówieśnikiem i nikt nie wyrzuca go z Manchesteru United.

Jednak w Polsce nieczęsto spotyka się aktywnych zawodowo 64-latków. To już czas na emeryturę.
Szanuję waszą kulturę, wasze zwyczaje, ale nie zamierzam wszystkiemu ulegać. Sam wiem najlepiej, kiedy będzie czas zająć się czymś innym. On jeszcze nie nadszedł. Dopóki patrzę w przód, zamiast rozpamiętywać dawne czasy, mogę działać.

A rodzina? Kompletnie nic nie wiadomo o pana życiu prywatnym. To sekret?
Dla mnie nie, ale rodzina nie chce uczestniczyć w tym całym medialnym zamieszaniu. Pracowałem z Realu Madryt, Ajaksie, Feyenoordzie, prowadziłem reprezentację Holandii -- to są posady bardzo eksponowane. I wtedy rodzina powiedziała: -- To jest twój zawód, jesteś popularny, ale nie zmuszaj nas do tego. I ja to uszanowałem. Dlatego nie wyciśniecie ze mnie nic na temat moich dzieci.

Za często pan ich nie widuje. Od lat przemierza pan świat wzdłuż i wszerz.
Jestem latającym Holendrem. To sformułowanie wymyślono chyba specjalnie dla mnie. Trochę przypominam spadachroniarza, którego pewnego dnia zrzuca się gdzieś w świecie, a on wstaje, otrzepuje się i zaczyna pracować. Tak działam -- nie patrzę na otoczenie, nie zawracam sobie głowy niczym zbędnym, tylko robię to, czego się ode mnie wymaga. W Polsce nie mam mieszkania, bo jest mi niepotrzebne. Wystarcza mi hotelowe łóżko i prysznic. Większość czasu i tak spędzam w podróży.

Często jeździ pan do Belgii. To nie przeszkadza w pracy?
Podróż samolotem zajmuje mi półtorej godziny. To znacznie mniej, niż jedzie się samochodem z Warszawy do Krakowa. Dziś świat się zrobił mały, bardzo mały, a granice się zatarły. Wszyscy jesteśmy Europejczykami. Kiedy zaczynałem tu pracę, wielu polskich trenerów mówiło -- dlaczego obcokrajowiec? A ja się pytam -- dlaczego nie? Co to zmienia? Że ktoś ma dom tysiąc kilometrów dalej? Nie widzę przeszkód, żeby polski szkoleniowiec pojechał do Holandii i został selekcjonerem. To wolny rynek, na którym decydują umiejętności. Pamiętam, że w latach siedemdziesiątych w Feyenoordzie pracował Antoni Brzeżańczyk. Polak. Wszyscy się od niego uczyli, ja też.

Poprzednio pracował pan w Trynidadzie i Tobago. To raj na ziemi, wycieczki kosztują krocie. A tu nagle przeskok do szarej Polski.
Dla mnie liczy się piłka, a nie piękne widoki. Trynidad i Tobago to fantastyczne miejsce, ale gdy spytacie mnie, gdzie jest najlepiej na świecie, to odpowiem, że w Meksyku. Tam spędziłem najlepsze lata. Ludzie są fantastyczni, życzliwi, kraj piękny, widoki cudne, stadiony niesamowite, a futbol... Futbol jest na bardzo wysokim poziomie. Wiele osób sądzi, że są tam problemy organizacyjne, że nic poważnego nie można tam zbudować. To nieprawda.

Nowym selekcjonerem Meksyku został Hugo Sanchez, którego prowadził pan w Realu. Zapowiedział, że Meksyk zdobędzie mistrzostwo świata. Oszalał?
Nie, to możliwe. Ten naród ma wielki potencjał. Żyje tam ponad 100 milionów ludzi, z których każdy kocha piłkę. W dodatku klimat umożliwia grę przez cały rok. Jedno jest pewne - Meksyk przeżyje kiedyś swoje wielkie chwile i kto wie, czy nie na najbliższym mundialu.

Tamtejsi piłkarze są jednak trochę za niscy.
Ale w piłkę gra się na ziemi, stopami.

W Polsce zaczyna się teraz przerwa w rozgrywkach. To dla pana najgorszy czas.
Dlaczego?

Trzy miesiące bez ligi.
Jestem trenerem, nie zajmuję się zmianą klimatu. Wybierając ofertę z Polski, wiedziałem, że zimą nie da się tu grać. I nic na to nie poradzę. Po co mam marudzić?

Pomarudzić zawsze można.
To nie jest moja filozofia. Polacy uwielbiają narzekać, chyba jak żaden inny naród. To część waszej kultury. Gdy zaczynałem tu pracę, ze wszystkich stron słyszałem - ten zły, ten jeszcze gorszy, a tamten... Tamten to dopiero tragedia! A potem się okazało, że wcale nie. Że można być optymistą.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj