Po długiej przerwie Andrzej Gołota wraca na ring. 9 czerwca będzie walczył z Jeremym "Bestią" Batesem. Dla polskiego boksera to będzie bardzo szczególny pojedynek. "Przekonam się, czy jeszcze mogę i potrafię boksować w tym wieku" - mówi DZIENNIKOWI Gołota.
Jak doszło do pana walki w Polsce?
To pytanie nie do mnie. Sam byłem bardzo zaskoczony tą propozycją. Spodziewałem się raczej kolejnej walki w Stanach.
Czym różni się gala w Katowicach od tych o najwyższą stawkę, odbywających się w Nowym Jorku lub w Atlantic City?
Z mojego punktu widzenia praktycznie niczym. Na ringu jestem sam na sam z przeciwnikiem. Presja jest taka sama. W Katowicach będą kibice, ale w Stanach na moje walki też przychodziło wielu Polaków.
Wraca pan do ringu po dwóch latach. Jak pan traktuje pojedynek z Jeremym Batesem?
Jako wielki sprawdzian. Przekonam się, czy jeszcze mogę i potrafię boksować - w moim wieku i w tym momencie kariery. Jeżeli okaże się, że nie, odejdę. Jeżeli tak, będę to robił dalej.
I być może, jeszcze raz - już piąty - powalczy pan o mistrzostwo świata?
Zobaczymy, czy to w ogóle będzie realne. Sam chciałbym się przekonać, czy jeszcze stać mnie na taki reżim treningowy? Czy mogę coś z siebie wykrzesać, najpierw w gymie, a potem w ringu?
Przed najbliższą walką jeszcze pan tego o sobie nie wie?
Przecież to tylko rozgrzewka. Chciałbym powiedzieć jasno, żeby wszyscy mnie zrozumieli ? to ma być sprawdzian, czy mam jeszcze jakieś szanse w tym całym boksie.
Co pan wie Jeremym Batesie, nazywanym "Bestią"?
Z nim jest taki numer - albo wygrywa wyraźnie, albo z kretesem przegrywa. Bardzo szybko kończą się te jego walki. I tyle wiedzy na razie mi wystarczy. W końcu to tylko rywal na przetarcie.
Jak spędzi pan czas do walki?
Jadę do Wisły trochę potrenować i zaaklimatyzować się. Przyda się, bo pogoda na razie sobie ze mnie zakpiła. Mówiono mi, że jest piękne lato, a zamiast 30 stopni leje deszcz.
Ma pan w planach jakieś spotkania z kibicami?
Na razie nie, ale mogę mieć. W końcu to ja jestem tu dyrektorem zamieszania. Mam nadzieję, że kibice nie spuszczą mi lania.
Którego z mistrzów wagi ciężkiej ceni pan najbardziej?
Trudno powiedzieć. Ciekawie zapowiada się walka Lamona Brewstera z Władymirem Kliczką w lipcu. Jestem ciekaw, czy Brewsterowi uda się znów zdobyć tytuł.
To właśnie Brewster pobił pana w 53 sekundy. Teraz obydwaj trenujecie razem u Buddy'ego McGirta.
Tak się jakoś złożyło. Dziwne, prawda? Kiedy kogoś nie można pokonać, trzeba się z nim zaprzyjaźnić. Albo odwrotnie, trzeba się z kimś zaprzyjaźnić, żeby go pokonać. A Brewster to bardzo fajny chłopak. Szykuje się do walki z Kliczką, więc Buddy przyleci do Polski w środę. Na razie będę trenował z Andrzejem Gmitrukiem.
Trenera McGirta pamięta pan jeszcze jako zawodnika?
Poznaliśmy się chyba w 1994 roku, kiedy on walczył z Pernellem Whitakerem w Virginii. Ja miałem tam obóz treningowy.
Jakim był zawodnikiem?
Bardzo dobrym, został przecież mistrzem świata. Jego największym problemem było to, że nie potrafił boksować z mańkutami.
Tak jak Tomasz Adamek, który przegrał z leworęcznym Chadem Dawsonem.
To jest bardzo ciekawe, bo Adamka do tej walki przygotowywał McGirt. A syn Buddy'ego jest mańkutem i Tomek z nim sparował. Mimo to w walce coś nie zadziałało. Adamek nie wyciągnął wniosków.
McGrirt jest dobrym trenerem?
To zawodowiec. Wie o czym mówi i co robi. To mi się w nim podoba.
Mówił pan kiedyś, że boks to sport zespołowy, że to niezwykle ważne, aby mieć w swoim narożniku właściwe osoby. Czy z McGirtem jesteście zespołem?
Na razie widzę, że rozwijam się, doskonalę. Każdego dnia uczę się od niego czegoś nowego. Może coś z tego zostanie mi w głowie?
Boksuje pan już wiele lat. Czy zmiana starych nawyków jest w ogóle możliwa?
Tu nie chodzi o całkowitą zmianę stylu. Bardziej o to, żeby do treningu coś cennego dodać. Dowiaduję się na przykład, że ten sam cios wyprowadzony trochę inaczej, działa w inny sposób. Niewielka zmiana, a przynosi efekt. Buddy potrafi mi to pokazać, zainteresować mnie.
Widać już efekty tego treningu?
Nie wiem. Ocenianie efektów po sparingach jest jak wróżenie z fusów. W walce wszystko może potoczyć się zupełnie inaczej. Zobaczymy w sobotę.
Nie zastanawia się pan, co się stało z amerykańskimi mistrzami? Kiedyś pan był jedyną nadzieją białych. Dziś biali rządzą w wadze ciężkiej.
Czarnoskórzy są tam cały czas. Tylko tak się złożyło, że ich nie widać. To się na pewno niedługo zmieni. Ale z tą dominacją Rosjan to bardzo ciekawe. Zobaczcie choćby na tenis. Od jakiegoś czasu są potęgą. Jak się nazywał ten ich pierwszy wielki gracz?
Kafielnikow.
Tak. Ale nie o niego mi chodzi.
W takim razie Safin.
Właśnie, Marat Safin. Wygrał w Wielkim Szlemie, chyba US Open i Australian
Open.
Czyżby lubił pan tenis?
Bo tam niesamowite rzeczy się dzieją. Ostatnio Nadal przegrał na mączce z Federerem. Przecież to jest tragedia. Nadal zawsze go lał na clayu, wygrał wcześniej chyba z siedem czy osiem razy. Coś mi się wydaje, że za dobrze się poczuł ten Nadal.
To pytanie nie do mnie. Sam byłem bardzo zaskoczony tą propozycją. Spodziewałem się raczej kolejnej walki w Stanach.
Czym różni się gala w Katowicach od tych o najwyższą stawkę, odbywających się w Nowym Jorku lub w Atlantic City?
Z mojego punktu widzenia praktycznie niczym. Na ringu jestem sam na sam z przeciwnikiem. Presja jest taka sama. W Katowicach będą kibice, ale w Stanach na moje walki też przychodziło wielu Polaków.
Wraca pan do ringu po dwóch latach. Jak pan traktuje pojedynek z Jeremym Batesem?
Jako wielki sprawdzian. Przekonam się, czy jeszcze mogę i potrafię boksować - w moim wieku i w tym momencie kariery. Jeżeli okaże się, że nie, odejdę. Jeżeli tak, będę to robił dalej.
I być może, jeszcze raz - już piąty - powalczy pan o mistrzostwo świata?
Zobaczymy, czy to w ogóle będzie realne. Sam chciałbym się przekonać, czy jeszcze stać mnie na taki reżim treningowy? Czy mogę coś z siebie wykrzesać, najpierw w gymie, a potem w ringu?
Przed najbliższą walką jeszcze pan tego o sobie nie wie?
Przecież to tylko rozgrzewka. Chciałbym powiedzieć jasno, żeby wszyscy mnie zrozumieli ? to ma być sprawdzian, czy mam jeszcze jakieś szanse w tym całym boksie.
Co pan wie Jeremym Batesie, nazywanym "Bestią"?
Z nim jest taki numer - albo wygrywa wyraźnie, albo z kretesem przegrywa. Bardzo szybko kończą się te jego walki. I tyle wiedzy na razie mi wystarczy. W końcu to tylko rywal na przetarcie.
Jak spędzi pan czas do walki?
Jadę do Wisły trochę potrenować i zaaklimatyzować się. Przyda się, bo pogoda na razie sobie ze mnie zakpiła. Mówiono mi, że jest piękne lato, a zamiast 30 stopni leje deszcz.
Ma pan w planach jakieś spotkania z kibicami?
Na razie nie, ale mogę mieć. W końcu to ja jestem tu dyrektorem zamieszania. Mam nadzieję, że kibice nie spuszczą mi lania.
Którego z mistrzów wagi ciężkiej ceni pan najbardziej?
Trudno powiedzieć. Ciekawie zapowiada się walka Lamona Brewstera z Władymirem Kliczką w lipcu. Jestem ciekaw, czy Brewsterowi uda się znów zdobyć tytuł.
To właśnie Brewster pobił pana w 53 sekundy. Teraz obydwaj trenujecie razem u Buddy'ego McGirta.
Tak się jakoś złożyło. Dziwne, prawda? Kiedy kogoś nie można pokonać, trzeba się z nim zaprzyjaźnić. Albo odwrotnie, trzeba się z kimś zaprzyjaźnić, żeby go pokonać. A Brewster to bardzo fajny chłopak. Szykuje się do walki z Kliczką, więc Buddy przyleci do Polski w środę. Na razie będę trenował z Andrzejem Gmitrukiem.
Trenera McGirta pamięta pan jeszcze jako zawodnika?
Poznaliśmy się chyba w 1994 roku, kiedy on walczył z Pernellem Whitakerem w Virginii. Ja miałem tam obóz treningowy.
Jakim był zawodnikiem?
Bardzo dobrym, został przecież mistrzem świata. Jego największym problemem było to, że nie potrafił boksować z mańkutami.
Tak jak Tomasz Adamek, który przegrał z leworęcznym Chadem Dawsonem.
To jest bardzo ciekawe, bo Adamka do tej walki przygotowywał McGirt. A syn Buddy'ego jest mańkutem i Tomek z nim sparował. Mimo to w walce coś nie zadziałało. Adamek nie wyciągnął wniosków.
McGrirt jest dobrym trenerem?
To zawodowiec. Wie o czym mówi i co robi. To mi się w nim podoba.
Mówił pan kiedyś, że boks to sport zespołowy, że to niezwykle ważne, aby mieć w swoim narożniku właściwe osoby. Czy z McGirtem jesteście zespołem?
Na razie widzę, że rozwijam się, doskonalę. Każdego dnia uczę się od niego czegoś nowego. Może coś z tego zostanie mi w głowie?
Boksuje pan już wiele lat. Czy zmiana starych nawyków jest w ogóle możliwa?
Tu nie chodzi o całkowitą zmianę stylu. Bardziej o to, żeby do treningu coś cennego dodać. Dowiaduję się na przykład, że ten sam cios wyprowadzony trochę inaczej, działa w inny sposób. Niewielka zmiana, a przynosi efekt. Buddy potrafi mi to pokazać, zainteresować mnie.
Widać już efekty tego treningu?
Nie wiem. Ocenianie efektów po sparingach jest jak wróżenie z fusów. W walce wszystko może potoczyć się zupełnie inaczej. Zobaczymy w sobotę.
Nie zastanawia się pan, co się stało z amerykańskimi mistrzami? Kiedyś pan był jedyną nadzieją białych. Dziś biali rządzą w wadze ciężkiej.
Czarnoskórzy są tam cały czas. Tylko tak się złożyło, że ich nie widać. To się na pewno niedługo zmieni. Ale z tą dominacją Rosjan to bardzo ciekawe. Zobaczcie choćby na tenis. Od jakiegoś czasu są potęgą. Jak się nazywał ten ich pierwszy wielki gracz?
Kafielnikow.
Tak. Ale nie o niego mi chodzi.
W takim razie Safin.
Właśnie, Marat Safin. Wygrał w Wielkim Szlemie, chyba US Open i Australian
Open.
Czyżby lubił pan tenis?
Bo tam niesamowite rzeczy się dzieją. Ostatnio Nadal przegrał na mączce z Federerem. Przecież to jest tragedia. Nadal zawsze go lał na clayu, wygrał wcześniej chyba z siedem czy osiem razy. Coś mi się wydaje, że za dobrze się poczuł ten Nadal.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|