Urodziłem się stworzony do gry w piłkę, to był błogosławiony dar od Boga. Od małego piłka była tam, gdzie ja. Spałem z piłką, chodziłem do szkoły z piłką. To, że zacznę grać i
zrobię karierę, musiało być zapisane gdzieś na górze. Mocno w to wierzę.
Trzech z pięciu moich starszych braci grało w piłkę, nim ja jeszcze potrafiłem ją kopnąć. Mimo że nie grali zawodowo, chodziłem na ich mecze, podziwiałem ich. Patrząc na nich marzyłem o
tym, by zostać piłkarzem. I w końcu mój sen się ziścił. Wszystko zaczęło się od tego, że jako nastolatek wyjechałem z Jacqueiry do Recife - dzięki pomocy taty dostałem tam pracę w
jednym z supermarketów. Pewnego dnia wziąłem udział w spotkaniu juniorów Sportingu Recife przeciw amatorom. Strzeliłem dwie ładne bramki. Trener Sportingu od razu zaproponował mi grę w
drużynie. Biłem się z myślami. Na jednej szali kładłem swoje marzenia, na drugiej prozę życia. Po namyśle odmówiłem. Bałem się, że stracę pracę w sklepie. Pracę, którą po prostu
musiałem mieć. Na szczęście trener nie zrezygnował. Po tygodniu znów odwiedził mnie w supermarkecie. Porozmawialiśmy, przekonał mnie, i zaryzykowałem.
Wszystko dzięki mojemu przyjacielowi, który wysyłał wujkowi mieszkającemu we Francji kasety z moimi występami. Nagranie trafiło do Olimpique i bardzo się spodobało, a jednocześnie
wywołało niedowierzanie - obstawiano nawet, że kaseta została odpowiednio zmontowana, mówiono że tak się nie da grać. W tym samym czasie Olympiqie Marsylia spodobał się jeszcze jeden
Brazylijczyk, gracz Kurtyby. Działacze z Marsylii wsiedli więc w samolot i przylecieli do Brazylii, żeby na żywo dokonać ostatecznego wyboru. Ja rozegrałem wtedy naprawdę dobry mecz i w
efekcie Olimpique złożył Sportingowi ofertę nie do odrzucenia. W ten sposób trafiłem do OM na pół roku. Było to spełnienie moich marzeń.
To było coś niesamowitego. Miałem 20 lat, po raz pierwszy pojechałem do Europy i od razu trafił mi się taki mecz. Pamiętam go doskonale. Graliśmy w Moskwie, przy wypełnionych po brzegi
naszymi kibicami i fanami rywala - włoskiej Parmy - trybunach. Do tej pory gdy jestem w domu włączam sobie nagranie z tego spotkania. Chciałbym jeszcze kiedyś zagrać w meczu takiej rangi.
No tak, przegraliśmy 1:3. Do przerwy było zresztą 0:3 i na drugą połowę już nie wyszedłem. To jednak normalne, że trener stawia w takiej sytuacji wszystko na jedną kartę. Obrońca był
niepotrzebny, trzeba było zdobywać gole.
Niestety, spędziłem w Marsylii jedynie sześć miesięcy. Wszystko zawaliło się przez reprezentującego moje interesy menedżera. Szybko okazało się, że dla niego liczy się tylko zysk. To
przez nieporozumienia z tym człowiekiem wróciłem do Brazylii. Do tej pory nie przeżyłem w życiu większego niepowodzenia.
Nawet nie wiedziałem, że dostałem taką nagrodę! Opuścilem Marsylię na dwa miesiące przed zakończeniem sezonu. Zamieszanie wokół mojego transferu tak rozsierdziło prezesa Sportingu, że
niemal natychmiast zażądał mojego powrotu do Recife.
Na pewno byłoby to najlepszym wyjściem. Teraz to wiem, wtedy byłem jednak niedoświadczonym zawodnikiem.
Nie tylko wydarzenia z Marsylii, lecz przede wszystkim lekcje, jakie wpajali mi bracia nauczyły mnie, że trzeba walczyć o swoje. Żyję zgodnie z mottem "rodzimy się raz i umieramy
raz”. Trzeba być człowiekiem o jasno określonej osobowości, wiedzieć czego się chce, na który teren można wejść, a na który nie. Mam swoje zasady i według nich żyję. Czasem
lepiej - tak jak to się zdarzyło - wyjechać wcześniej, żeby jasno postawić sprawę.
Ryzyka nie da się w takich sytuacjach uniknąć. Można oczywiście popełnić błędy, które odbiją się na karierze. Ja jednak nie żałuję niczego, co do tej pory zrobiłem. Nasze ziemskie
życie jest przecież tak ulotne, że warto je przeżyć postępując zgodnie z tym, co podpowiada nam sumienie.
Wracałem zdołowany, ale jednocześnie miałem w Recife swoich zaufanych ludzi, którzy przyrzekli, że jeśli pojawi się oferta z mocnego klubu, nikt nie będzie stawał mi na przeszkodzie i
dostanę każdą niezbędną pomoc. I faktycznie tak się stało. Wkrótce nadeszła propozycja z Corinthians. A Corinthians to nie był i nie jest byle jaki klub. W Brazylii marzy się albo o grze w
Corinthians, albo we Flamengo. Odszedłem ze Sportingu i... trafiłem wprost pod chirurgiczny nóż.
Na samym początku gry w Corinthians zostałem mocno kopnięty w udo - tak mocno, że pękł mięsień i niezbędna była operacja. Pauzowałem osiem miesięcy. Różne myśli przechodziły przez
głowę. Na szczęście udało mi się wrócić na boisko. Krótko grałem w Atletico Mineiro, a potem ponownie w Corinthians, gdzie udało mi się wywalczyć mistrzostwo stanu Sao Paolo i Puchar
Brazylii. Następnie trafiłem do portugalskiego Uniao Leiria, gdzie zostałem wybrany najlepszym zagranicznym lewym obrońcą.
Ówczesny trener Sportingu sprowadzał mnie z myślą o mojej wszechstronności. Niestety, szkoleniowiec długo nie zagrzał tam miejsca i ja również musiałem odejść. W sumie wyszło mi to na
zdrowie, bo trafiłem do Legii (uśmiech).
Zastanawiałem się co robić, bo w tym samym czasie nadeszła oferta z Fluminense, które od dwóch lat kręci się wokół mnie. O Polsce nie wiedziałem nic, o tutejszej lidze nie mówi się w
Europie. Zanim tu przyjechałem, zrobiłem mały rekonesans. Słyszałem od znajomych kilka niepochlebnych rzeczy o waszym kraju, jednak prawie nic się nie potwierdziło. Ludzie są ciepli, otwarci
i przyjacielscy. Powiedziałem "prawie”, bo faktycznie jest tu zimno. Temperatury dają w kość. Zanim podpisałem kontrakt, poprosiłem działaczy o możliwość trzydniowego
pobytu w Warszawie. Przyjechałem w grudniu, obejrzałem mecz Legii z Łęczną, który koledzy przegrali zresztą 0:2. Mimo porażki kibice żywiołowo dopingowali. Spodobało mi się to i ta
gorąca atmosfera pomogła mi w podjęciu decyzji. Wiem, że drzwi do brazylijskich klubów stoją przede mną otworem. Nawet teraz, podczas urlopu, dostałem trzy propozycje, a jeden z klubów
proponował mi naprawdę dobre pieniądze. Nie zdradzę o kogo chodzi, bo byłoby to nieeleganckie. Razem z żoną uznaliśmy jednak, że zostajemy w Legii. Nad dalszymi ruchami zastanowimy się
dopiero wówczas, gdy warszawski klub nie będzie zainteresowany przedłużeniem kontraktu, który obowiązuje mnie do końca obecnego roku.
W tym roku wiele jeszcze może się zdarzyć. Zobaczymy co życie przyniesie. Jeśli Legia będzie mnie widziała w drużynie, na pewno usiądziemy do rozmów.
Ja jednak nie tracę wiary. Będę wierzył do ostatniego meczu i ostatniej minuty. Taki już jestem.
Wszyscy się czegoś nauczyliśmy. Najważniejsze jest to, by każdy był świadomy swojej roli na boisku i odpowiedzialności, jaka na nim ciąży.
Nikt nie jest doskonały - każdy popełnia błędy. Z drugiej strony nie jest tak, że ktokolwiek powinien mieć sobie coś do zarzucenia - przecież staraliśmy się, dawaliśmy z siebie wszystko.
Jako drużyna gramy coraz lepiej, zaczynamy rozumieć się bez słów. Wystarcza nam spojrzenie, gest.
O nie, tego pani ode mnie nie wyciągnie. Nigdy nie będę mówił o tym, co jest lub co było w szatni - nie jestem taki. Prawdą jest jednak, że przez 13 lat gry w piłkę nigdy się z czymś
takim nie spotkałem. Jest zresztą takie powiedzenie - "Będę żył całe życie, a nie zobaczę wszystkiego w piłce”. Może jest tak, że trzeba poznać wszystkie strony tego
zawodu? Ja poznałem i akurat o tym chcę zapomnieć. Ale wiele mnie to nauczyło.