Miałam, kilka razy przemknęło mi przez głowę, że to koniec. Ciężko pracowałam, a wyników nie było. Nie wszystko mi pasowało w rozbiegu. Stąd wzięła się niepewność, huśtawka
nastrojów, nawet trochę strachu.
Pisano o mnie różne rzeczy. Prawda jest taka, że nie miałam ochoty skakać. Odechciało mi się. To było największym problemem.
Zadałam sobie pytanie: gdzie widzę siebie za rok? Odpowiedź była prosta: chcę jechać do Pekinu i walczyć tam o olimpijski medal. Musiałam się pozbierać. I okazało się, że szczera rozmowa
z samą sobą była mi bardzo potrzebna.
Oczywiście. Chcę walczyć, chcę to zrobić dla siebie. Przypomieć sobie, jakie to miłe uczucie stać na olimpijskim podium. To mnie motywuje. Wszystko zaczynam od nowa.
Czy ja wiem? Ostatnio nie miałam żadnych obaw. Było, minęło - przynajmniej taką mam nadzieję. 4,62 to dobry wynik, ale na pewno są rezerwy i jeszcze tej zimy mogę skoczyć wyżej. Taką
wysokość po raz ostatni pokonałam rok temu w hali. A przez cały sezon letni skoczyłam tylko 4,60. Czyli coś się ruszyło w dobrym kierunku.
W tym roku ważne będą starty latem, a najważniejszy jest ten w Pekinie. Hala jest tylko po drodze. Skaczę zimą, bo nigdy nie odpuszczałam sezonu halowego i nie chcę tego zmieniać. Uważam,
że skakanie w zawodach, nawet niskie, jest lepsze od najlepszego treningu. Bojowe warunki, rywalizacja, adrenalina. A po sezonie halowym lato zaczyna się z wyższego poziomu.
Pewnie, że nie. Będę tam walczyć na całego, do końca. Będzie Isinbajewa, będzie więc wysokie skakanie.
Mnie to nie dziwi. Jelena właściwie zawsze startuje w hali. Ona nigdy nie odpuszcza.
Nieee, nie ma się czego bać. Przyjemnie było na to patrzeć. Miło się skacze rekordy życiowe, jeszcze milej, kiedy są na tak wysokim poziomie. Zazdościłam jej troszeczkę. Też bym tak
chciała.