Dziennik Gazeta Prawana logo

Dla nas medale z kartofla

23 sierpnia 2008, 00:13
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"Dwa medale będą na pewno" - zapewniał jeszcze w czwartek Marek Twardowski. W piątek w pierwszym dniu kajakarskich finałów na torze Shunyi zobaczyliśmy cztery polskie osady. Żadna z nich nie zdołała jednak nawiązać do przepowiedni chorążego polskiej ekipy - pisze DZIENNIK. "Mamy tylko medale z kartofla, bo tak się chyba nazywa czwarte miejsca" - z żalem zauważał prezes PZK , Ryszard Seruga.

Przynajmniej dwie ze startujących wczoraj osad wskazywane były wcześniej jako kandydaci do podium. Z pewnością apetyty na medal miała kobieca czwórka na dystansie 500 metrów. Beata Mikołajczyk, Aneta Konieczna, Edyta Dzieniszewska i Dorota Kuczkowska rozpoczęły mocno, na półmetku zajmowały jeszcze trzecie miejsce.

W drugiej części dystansu zaczęły jednak "umierać". Na tym odcinku wypływały siódmy czas i na metę wpadły prawie równo z goniącymi je Australijkami. "Prawie" w sporcie robi jednak olbrzymią różnicę. W tym wypadku 48 tysięcznych sekundy, oznaczające "spóźnienie" o 25 centymetrów, było pożegnaniem z nadziejami na olimpijską emeryturę. "Niby nic, a tak wiele, niestety..." - kiwała głową Aneta Konieczna.

Chwilę po dziewczętach, na starcie stanęła kajakowa dwójka Adam Seroczyński - Maciej Kujawski. Ten wyścig wyglądał zupełnie inaczej. Po 250 metrach Polacy zajmowali dopiero ósme miejsce i wydawało się, że można "odhaczyć" kolejną pozycję na liście tych, którzy w Pekinie zawiedli. "Rywale poszli bardzo mocno, co się źle skończyło dla Węgrów, obrońców tytułu. Kiedy ich minęliśmy, byłem przekonany, że da nam to miejsce medalowe. Niestety, na mecie się to nie potwierdziło..." - opowiadał o kulisach startu Seroczyński. On jako jedyny z polskich zawodników zdecydował się wyjść do dziennikarzy z otwartą przyłbicą, zaraz po wyścigu. Może dlatego, by „na gorąco” wylać z siebie trochę żalu niekoniecznie sportowego. Poświęcił bowiem zdanie Włochom, którzy zabrali polskiej dwójce brąz.

"Ich postawa na pewno była niespodzianką. Oni jakoś dziwnie zawsze na igrzyska potrafią się zmobilizować..." - powiedział DZIENNIKOWI Seroczyński, odrzucając zarzut zbyt późnego rozpoczęcia finiszu. "Od dwusetnego metra szliśmy na sto procent. Ten finisz był przećwiczony na mistrzostwach świata, na treningach. Został wykonany, jak należało. Po prostu rywale byli lepsi" - wyjaśnił.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj