Od początku meczu inicjatywa należała do Celtics, którzy długo utrzymywali niewielkie prowadzenie. Gościom ten trend udało się odwrócić dopiero w czwartej kwarcie, ale na bardzo krótko.

Mavericks na przeszkodzie stanął Kemba Walker. W kluczowym okresie w 67 sekund trzykrotnie trafił za trzy punkty i bostończycy znów osiągnęli przewagę. W całym meczu Walker zdobył 29 punktów.

"Po prostu starałem się grać agresywnie i podejmować odpowiednie decyzje. Na początku skuteczność mnie zawodziła, ale się nie zrażałem. W czwartej kwarcie wreszcie zacząłem trafiać" - przyznał bohater wieczoru.

Wśród pokonanych najlepszy był Słoweniec Luka Doncic - 34 pkt i dziewięć asyst. Słabszy dzień miał natomiast Kristaps Porzingis. Łotysz trafił tylko jeden z 11 rzutów z gry.

"Kristaps miał ciężki wieczór. Po prostu musimy o tym zapomnieć i iść dalej. Słabszy mecz może przydarzyć się każdemu. Najważniejsze, aby tego nie rozpamiętywać" - powiedział trener Mavericks Rick Carlisle.

Teksańczycy z bilansem 6-4 zajmują siódme miejsce w Konferencji Zachodniej. Prowadzą koszykarze Los Angeles Lakers (7-2), którzy minionej nocy odpoczywali.

Ciekawie było w Los Angeles, gdzie mający wysokie aspiracje miejscowi Clippers podejmowali broniących tytułu Toronto Raptors. Gospodarze wygrali 98:88 dzięki świetnej postawie w czwartej kwarcie. W niej pozwolili rywalom zdobyć tylko 10 punktów.

Clippers nie przeszkodził słabszy występ w ofensywie Kawhi Leonarda, który trafił tylko dwa z 11 rzutów z gry i miał aż dziewięć strat. Najbardziej wartościowy zawodnik (MVP) ostatnich finałów i były gracz Raptors starał się robić inne rzeczy parkiecie. Odnotował 11 zbiórek oraz dziewięć asyst.

21 punktów dla gospodarzy zdobył rezerwowy Lou Williams, a w ekipie Raptors prym wiódł Kameruńczyk Pascal Siakam - 16 pkt i 10 zbiórek.

Indywidualnie w poniedziałek najlepiej zaprezentował się James Harden. Słynny brodacz z Houston Rockets zdobył 39 pkt i miał dziewięć asyst, a jego zespół pokonał na wyjeździe New Orleans Pelicans 122:116. "Rakiety" (7-3) po czterech z rzędu wygranych są obecnie piątą ekipą Zachodu.

Koszykarze San Antonio Spurs przegrali z Memphis Grizzlies 109:113, ale wynik szybko pójdzie w niepamięć ze względu na emocjonalną ceremonię, która odbyła się przed meczem. Klub zdecydował się zastrzec numer dziewięć, z którym przez 17 lat jego barwy reprezentował francuski rozgrywający Tony Parker. Bohater wieczoru celebrował tę chwilę wspólnie z żoną Axelle, synami Joshem i Liamem oraz byłymi kolegami z zespołu, m.in. Timem Duncanem czy Davidem Robinsonem.

W wystąpieniu skupił się jednak na trenerze Greggu Popovichu. "Miał na mnie największy wpływ. Był moim przewodnikiem po koszykówce, nauczył mnie rozumieć grę, dał szansę zaistnieć w NBA, a poza boiskiem był jak drugi ojciec. Mogę śmiało powiedzieć, że miałem dwóch niesamowitych ojców" - powiedział trzykrotny mistrz tej ligi.

"Obserwowałem jego rozwój jako człowieka i zawodnika od 19. roku życia. To wielki zaszczyt, że mogłem z kimś takim pracować" - przyznał szkoleniowiec.