Było to najbardziej wyrównane starcie tegorocznego finału - 10 razy tablicy wyników pokazywała remis, a prowadzenie zmieniało się 11-krotnie.
"Wojownicy" w 27. kolejnej serii play off wygrali spotkanie w roli goście, co jest rekordem NBA.
- przyznał tuż po końcowym gwizdku bohater meczu.
Do przerwy gospodarze prowadzili różnicą pięciu punktów. W trzeciej, która dotychczas w finałowej serii należała zawsze do Warriors, piąty bieg wrzucił Curry (14 pkt) i ostatnią odsłonę to jego zespół zaczynał z punktem przewagi (79:78).
Goście mogli się obawiać czwartej kwarty, gdyż w trzech wcześniejszych potyczkach finału bilans tej części gry był "plus 40" dla Celtics. I jej początek mógł na to wskazywać, bo po udanych akcjach Jaylena Browna zrobiło się 91:86.
Warriors zachowali jednak zimną krew, wzmocnili defensywę, która do tej pory była domeną rywali, przebudził się Klay Thompson, którego "trójka" dała im prowadzenie 95:94, a później sprawy i piłkę wziął w swoje ręce Curry - po trudnych i efektownych akcjach uzyskał pięć kolejnych punktów, a w końcówce dodał pięć następnych z rzutów wolnych i przypieczętował sukces swojej drużyny.
- podsumował Curry.
Zakończył spotkanie z dorobkiem 43 punktów, 10 zbiórek oraz czterech asyst. Thompson dodał 18 pkt, a kanadyjski skrzydłowy Andrew Wiggins - 17, ale miał też 16 zbiórek.
To głównie dzięki niemu drużyna Golden State wygrała walkę na tablicach (55-42), lepsi tym razem byli też jej rezerwowi (25-20 w punktach "z ławki").
Jayson Tatum z 23 pkt był najskuteczniejszy w szeregach Celtics, Brown uzbierał 21, a Marcus Smart dodał 18.
Zespół z Bostonu walczy o pierwszy od 2008 roku i 18. w historii tytuł, dzięki czemu zostałby najbardziej utytułowanym klubem w historii. Teraz to miano dzieli z Los Angeles Lakers. Warriors marzą o siódmym mistrzostwie, ostatnio cieszyli się z niego w 2018 roku.