Lekcję z Londynu odrobiłam i pokazałam, że na najważniejsze imprezie czterolecia potrafię się skupić, wygrać głową i dobrym rezultatem. Bardzo się stresowałam do momentu zejścia na wodę. Nawet trener uznał, że chyba za bardzo się stresuję. Potem zdarzyło się jednak coś, co mnie bardzo zaskoczyło. Zeszłam na wodę i jak pstryczkiem odjął, wszystko minęło, czułam się jakbym szła na trening powiedziała Walczykiewicz.

Cztery lata temu w Londynie podopieczna Tomasza Kryka także miała sięgnąć po medal. Tak się jednak nie stało, na metę dopłynęła jako piąta. Mocno rozpaczała.

To srebro smakuje dla mnie jak złoto. Nie przeszkadza mi, że po raz kolejny przegrałam z Lisą Carrington. Jest to medal olimpijski, o którym marzyłam 20 lat. Sprawiłam sobie taki prezent na jubileusz – dodała pięciokrotna medalistka mistrzostw świata na tym dystansie.

Walczykiewicz jest miłośniczką zwierząt. I właśnie one dały jej we wtorek znak, że będzie bardzo dobrze.

Spotykałam ptaszki, jaszczurki, prawie mi ryba do kajaka wskoczyła. Pomyślałam, że się na mnie uparły. Musiało być dobrze - przyznała.

29-letnia kajakarka KTW Kalisz na razie wiosła jeszcze nie chowa do szafy i nie kończy kariery. Nie obiecuje jednak, że dotrwa do kolejnych igrzysk za cztery lata w Tokio.

Na pewno chcę wystąpić w najbliższych mistrzostwach świata. Może mi będzie dane z Lisą jeszcze wygrać. To teraz była najmniejsza różnica między nami. Bieg ogólnie był fajny, bo był do końca z kontrolą. Wiedziałam, co się dzieje, wiedziałam, że nie mogę puścić dziewczyn i plan wykonałam - podkreśliła.

Walczykiewicz nie ukrywa, że stres odczuwała od rana, ale jednocześnie denerwowało ją, że wszyscy próbują być przy niej.

A to trener, a to fizjoterapeuta, a to doktor. Miałam wrażenie, że nie chcą mnie zostawić samej. W którymś momencie powiedziałam, żeby mnie zostawili. Wtedy się uspokoiłam, bo wiedziałam, że jestem sama - powiedziała.

To największy sportowy sukces Walczykiewicz. Po raz pierwszy stanęła na olimpijskim podium.