Marek Saganowski zimą przeniósł się z ligi francuskiej do angielskiej. W transferze do Southampton pomógł mu Grzegorz Rasiak. Napastnik reprezentacji polski gra tam od roku i namówił trenera do ściągnięcia drugiego Polaka. "Jestem mu winien za to duże, dobre piwo" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM były piłkarz Legii Warszawa.
Daniel Rupiński: Odżył pan w tym Southampton. Strzelił pan swoje pierwsze dwa gole od maja zeszłego roku. Zasługa klimatu, nowych butów?
Marek Saganowski: Nowego trenera (śmiech). Burley we mnie wierzy, daje mi szanse, poklepuje po plecach. Nie jest do mnie uprzedzony, czego nie można powiedzieć o trenerze Troyes Jean-Marcu Furlanie. Jestem strasznie zadowolony z przeprowadzki na Wyspy. Marzyłem o lidze angielskiej i nie zawiodłem się. W Troyes choćby w połowie nie ma takich warunków do pracy, co tutaj. Boję się, że ta bajka długo nie potrwa i latem będę musiał wrócić do Francji.
Tak tam było panu źle?
Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy po miesiącu w Troyes powiedzieli mi, że jednak nie jestem im potrzebny. Oficjalnie zagrałem w lidze francuskiej w sześciu meczach. Nieoficjalnie, niespełna 80 minut.
Podobno trafił pan do Southampton, bo tak chciał Rasiak.
Jestem mu winien duże, dobre piwo. Grzesiek wyświadczył mi wielką przysługę. Wiem, że namówił Burley'a, aby wziął Saganowskiego, ale Burley nie kupował kota w worku, bo przecież kiedyś chciał mnie już ściągnąć do Hearts.
Był taki moment, że Rasiak usiadł na ławce Southampton, a pan wskoczył do pierwszego składu. Bratobójcza walka?
Koleżeńska. I nie walka, a rywalizacja – zdrowa i sportowa. Nawet jeśli na treningu dojdzie między nami do ostrego starcia, to zdajemy sobie sprawę, że czasem tak musi być, bo jesteśmy profesjonalistami. Na treningu nie odpuszczasz nikomu, nawet rodakowi. Taki zawód. Po pracy podajemy sobie jednak ręce.
Anglicy nie patrzą krzywo na coraz większą polską kolonię w Southampton?
A niech tylko spróbują. Przez półtora roku nie rozmawiałem w pracy z Polakiem (śmiech). A poważnie, to w drużynie nie tworzą się żadne grupki, nie ma podziału na „swoich” i „obcych”. Trenujemy w zacisznym miejscu, więc czujemy się jak jedna wielka rodzina. A Polaków w Anglii szanują. Niedawno Tony Blair powiedział, że Polacy są bogactwem tego kraju. Marzę, aby Burley mnie tak docenił...
Marek Saganowski: Nowego trenera (śmiech). Burley we mnie wierzy, daje mi szanse, poklepuje po plecach. Nie jest do mnie uprzedzony, czego nie można powiedzieć o trenerze Troyes Jean-Marcu Furlanie. Jestem strasznie zadowolony z przeprowadzki na Wyspy. Marzyłem o lidze angielskiej i nie zawiodłem się. W Troyes choćby w połowie nie ma takich warunków do pracy, co tutaj. Boję się, że ta bajka długo nie potrwa i latem będę musiał wrócić do Francji.
Tak tam było panu źle?
Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy po miesiącu w Troyes powiedzieli mi, że jednak nie jestem im potrzebny. Oficjalnie zagrałem w lidze francuskiej w sześciu meczach. Nieoficjalnie, niespełna 80 minut.
Podobno trafił pan do Southampton, bo tak chciał Rasiak.
Jestem mu winien duże, dobre piwo. Grzesiek wyświadczył mi wielką przysługę. Wiem, że namówił Burley'a, aby wziął Saganowskiego, ale Burley nie kupował kota w worku, bo przecież kiedyś chciał mnie już ściągnąć do Hearts.
Był taki moment, że Rasiak usiadł na ławce Southampton, a pan wskoczył do pierwszego składu. Bratobójcza walka?
Koleżeńska. I nie walka, a rywalizacja – zdrowa i sportowa. Nawet jeśli na treningu dojdzie między nami do ostrego starcia, to zdajemy sobie sprawę, że czasem tak musi być, bo jesteśmy profesjonalistami. Na treningu nie odpuszczasz nikomu, nawet rodakowi. Taki zawód. Po pracy podajemy sobie jednak ręce.
Anglicy nie patrzą krzywo na coraz większą polską kolonię w Southampton?
A niech tylko spróbują. Przez półtora roku nie rozmawiałem w pracy z Polakiem (śmiech). A poważnie, to w drużynie nie tworzą się żadne grupki, nie ma podziału na „swoich” i „obcych”. Trenujemy w zacisznym miejscu, więc czujemy się jak jedna wielka rodzina. A Polaków w Anglii szanują. Niedawno Tony Blair powiedział, że Polacy są bogactwem tego kraju. Marzę, aby Burley mnie tak docenił...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl