"Jak brał w łapę sędzia, to w większości przypadków zamieszany w korupcję był także obserwator. Arbiter nie mógł sobie pozwolić na niską notę i dzielił się z nim pieniędzmi. Często obserwator miał też swoją stawkę" - mówią "Faktowi" osoby doskonale orientujące się w mechanizmie korupcyjnym działającym w polskiej piłce nożnej.
Fiedorowicz nie ma jeszcze zarzutów postawionych przez prokuraturę. Śledczy przyglądają się spotkaniom, w których brał udział jako obserwator PZPN. To on oceniał pracę sędziego Mariusza G. w meczu Błękitnych Stargard Szczeciński z Arką Gdynia (0:1). Sędzia z Łodzi dostał za to spotkanie 7,5 tysiąca złotych łapówki od prezesa Arki Jacka M.
Świetnie współpracował także z Piotrem K. z Wrocławia, który ustawił za 15 tysięcy złotych inne spotkanie gdyńskiego klubu, tym razem z Pogonią Szczecin. Nienagannie ocenił również pracę sędziego Adama K. z Poznania. Ten skorumpowany arbiter odpowie z kolei za wydrukowanie spotkania Arki z łódzkim Widzewem w lipcu 2004 roku (1:0). "Ja nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie widziałem w tych meczach nic podejrzanego. Jak będzie trzeba, to stawię się w prokuraturze. Na razie nikt mnie nie wzywał na przesłuchanie" - broni się Kazimierz Fiedorowicz.
Obecnie szef związku z Olsztyna nie ocenia już pracy arbitrów, ponieważ PZPN zabronił to robić prezesom regionalnych związków. Jest jednak w zarządzie piłkarskiej centrali i zasiada m.in. w komisji odwoławczej do spraw licencji. "To niejedyny członek zarządu, którego nazwisko przewija się w dokumentach, jakie dostaliśmy z prokuratury" - mówi "Faktowi" jeden z członków Wydziału Dyscypliny. Jak na razie z zarządu PZPN za korupcję odpowie Wit Żelazko. Miał on w zamian za łapówki i obietnice korzyści majątkowej wpływać na wyniki spotkań Górnika Polkowice i Zawiszy Bydgoszcz.