"Powiedziałem Wasilewskiemu: "Kuruj się, graj, a wtedy do ciebie przyjadę i obejrzę cię w akcji. W końcu właśnie obrońców brakuje mi w kadrze najbardziej" - mówił Franciszek Smuda  na łamach "Faktu" o ewentualnym powołaniu dla Marcina Wasilewskiego po tym, jak polski obrońca Anderlechtu Bruksela wyleczył poważną kontuzję i zaczął grać regularnie w klubie. Było to 30 listopada 2010 roku.

W poprzednim sezonie „Wasyl” rozegrał w barwach Fiołków 19 meczów, spędził na boisku 1430 minut. Co mówi dzisiaj Smuda? "Powołam go, ale wcześniej ktoś z mojego sztabu powinien go zobaczyć w ligowym czy pucharowym meczu. Chcę wiedzieć, jak się zachowuje na boisku, czy faktycznie w żaden sposób nie oszczędza tej wyleczonej nogi" - opowiada teraz selekcjoner na łamach "Przeglądu Sportowego".

Było chyba wystarczająco dużo okazji, żeby się dowiedzieć, prawda, panie trenerze? Otóż noga wygląda dobrze, skoro "Wasyl" gra w klubie. Jak pan go teraz chce obejrzeć w akcji? Na urlopie? To jakiś żart? Wszystkie opowieści Smudy o tym, jak musi zobaczyć Wasilewskiego można wsadzić między bajki. W każdej kuluarowej rozmowie, "Franz" pytany o prawego obrońcę Anderlechtu, reaguje alergicznie. Nie opowiada już wtedy, że pojedzie go oglądać, ale wścieka się: - Jaki Wasilewski?! Wiecie, ile on mi goli w Lechu zawalił?

Po co więc te kłamstwa? Selekcjoner ma przecież prawo powoływać, kogo uznaje za stosowne. Może powiedzieć: - Nie chcę tego i tego piłkarza, wolę innych.
Wasilewski bardzo chce wrócić do kadry, na zgrupowanie drużyny narodowej przyszedłby pewnie na piechotę, ale Smuda nigdy nie pojedzie obejrzeć go w akcji. W Brukseli pojawi się pewnie tak samo, jak poleciał do Anglii oglądać Radosława Majewskiego z Nottingham, Tomasza Cywkę z Derby County czy Błażeja Augustyna w barwach Catanii. Czyli nigdy.

>>>Czytaj także: Legia chce dwóch Brazylijczyków