"Biała gwiazda" bez skrupułów wypożyczyła go Górnikowi, ale zabrzanie ani myślą, aby z powrotem oddawać go Wiśle. "Nie wiem, czy jak za rok trenerem Wisły nadal będzie Maciej Skorża, to do niej wrócę. Przed snem nie myślę o dalekiej przyszłości. Wyobrażam sobie co najwyżej, że przyjmuje piłkę na środku boiska, a ona mi od nogi nie odskakuje. No, czasami pomarzę sobie, że jestem na Camp Nou. W roli kibica" - mówi DZIENNIKOWI Konrad Gołoś.

"Mówiło się, że wiślacy zrobią na mnie tak samo dobry interes, jak na Kubie Błaszczykowskim. Ale talent Kuby to jest ewenement. Ja będę szczęśliwy jak na Camp Nou będę murawę strzyc" - mówi Gołoś. "Myślę, że 25 lat to dobry wiek na wyjazd za granicę. Dryblingi coraz częściej mi wychodzą. Strzały zresztą też" - dodaje piłkarz.

Nie pasuje do stereotypu piłkarza z prowincji. Przed meczem z Groclinem, w którym zdobył bramkę, siedział przeziębiony w hotelu. W walizce miał kilka książek. "Cały czas mam je pod ręką. Uwielbiam czytać. Opinia, że piłkarze są niepiśmienni, jest bardzo krzywdzącą. Bardzo lubię fantastykę, bo ona rozwija wyobraźnię. Doceniam kunszt Tolkiena. Nie popieram ministra Legutki, który wykreślił <Władcę Pierścieni> z listy lektur" - deklaruje Gołoś.

"Kiedyś piłka była dla mnie wszystkim, ale teraz trochę inaczej na to patrzę. Zakochałem się. Studia historyczne otworzyły mi oczy na niektóre sprawy. Fascynuje mnie średniowiecze, etos rycerski. Z wartości, jakim wierni byli rycerze, najbardziej odpowiada mi honor i uczciwość" - przekonuje piłkarz.

Przyznaje, że niedawno docenił też zdrowie. Gdy trafił do Wisły, kilku kardiologów orzekło, że nie może grać w piłkę. Cała jego kariera zawisła wtedy na włosku. "To już przeszłość, wszystko zostało wyjaśnione. To coś, co tam mam na sercu, tak naprawdę nie przeszkadza mi w uprawianiu sportu i nie zagraża mojemu zdrowiu" - uważa Gołoś, który po śmierci Antonio Puerty przez dwa dni nie mógł dojść do siebie.

Dziś zdaje sobie sprawę, że wygrał los na loterii. Karierę zaczynał w prowincjonalnym Zrywie Chodów. Potem była Pogoń Siedlce. I co rok to lepiej - Radomiak, Polonia Warszawa, reprezentacja Polski, Wisła Kraków... Jedni mówią, że to tylko dzięki zawziętości, treningom na boisku i we własnym mieszkaniu. A drudzy - że nie byłoby Gołosia piłkarza, gdyby nie Jerzy Engel i jego syn.

"Nie mogę zaprzeczyć, że Engelowie mi pomogli. Mieli wpływ na moją karierę, ale od dawna pracuję tylko na swoje konto. Engelowie to już przeszłość. Z panem Jerzym Engelem już dawno nie miałem kontaktu" - twierdzi Gołoś. "Tak naprawdę tylko dzięki harówie osiągnąłem to, co osiągnąłem. Zabawne, bo nigdy nie myślałem o tym, żeby wyrwać się z Chodowa. Grałem sobie przeciwko sąsiednim wioskom, bo po prostu uwielbiałem piłkę. Traktowałem ją poważnie, byłem w niej zakochany. W czwartej lidze nazywali mnie <ambitny>. Wiele osób się z tego śmiało" - opowiada DZIENNIKOWI Gołoś.

Później w każdym wywiadzie mówił coś o rozwijaniu się. I znów niektórzy traktowali go z lekkim pobłażaniem. Gdy zgłosiła się po niego Wisła, zaczęto traktować go bardzo poważnie. Nigdy nie spotkał się z taką presją. "Może nie byłem przygotowany na to, jaka konkurencja mnie tam spotka. Było niedobrze, było sporo gwizdów, ale gdy Wisła oświadczyła, że chce mnie wypożyczyć, pojawiło się kilka ofert" - twierdzi piłkarz. "Skorżę szanuję, ale to w Górniku będę piął się w górę. I niczego nie chcę udowadniać. Chcę razem z kolegami odbudować legendę Górnika" - deklaruje.