Mogliśmy pokazać na boisku najlepsze cechy - walkę, agresywność, wolę zwycięstwa. I to robiliśmy. Z Górnikiem Zabrze, z reprezentacją Polski. Wałęsa mi to uświadomił, dobitnie. Poczułem satysfakcję. Jestem z tego dumny. Wychowałem się i dorosłem w dziwnym systemie. Nie mogłem wyjechać z kraju, nawet kiedy chciał mnie kupić Real Madryt. Tamten system nie dawał rozwinąć skrzydeł, ale byłem przecież tylko trybikiem w tej machinie. Na nic nie miałem wpływu. Mogłem robić tylko to, co umiałem najlepiej. Grać w piłkę. I coś jednak dzięki niej osiągnąłem.

Jakiś czas temu pojechałem do Gliwic. Do Sośnicy, dzielnicy, w której się wychowałem, pozostał mi wielki sentyment. Chciałem zobaczyć, czy dużo się zmieniło. Kiedyś był tam mur - całymi dniami obijałem go piłką. Inni bawili się samochodami, żołnierzykami. Ja wolałem kopać, odbijać główką. Pamiętam, że kiedy miałem dziesięć lat, powiedziałem do babci: "Będę zarabiał na życie grą w piłkę". Pewnie nie uwierzyła. Na podwórku w Sośnicy stały kiedyś trzepaki do dywanów. Dzisiaj ich nie ma, wszystko tam pozmieniali, ale wtedy służyły nam za bramki w meczach. Ulica na ulicę. Od rana do wieczora. Tylko po jakąś kromkę chleba się pobiegło, i dalej grać. A poziom meczów był wysoki. Dość powiedzieć, że ja, Hanke, czy Marx trafiliśmy potem do pierwszoligowych klubów. Wszyscy z jednego podwórka!

Zawsze chciałem być najlepszy. Na początku w bramce. Tato kupił mi rękawice, przychodziłem do domu kompletnie umorusany. Na szczęście rodzice tolerowali moją pasję. Potem mi się zmieniło i zapragnąłem strzelać gole. Do klubu sam się zaprowadziłem. Mogło być dużo łatwiej, bo tato był wiceprezesem, ale jakoś krępowałem się powiedzieć, że chcę grać. Dlatego zrobiłem to za jego plecami. Na miejscu usłyszałem jednak: "Ty, synek, jesteś za młody, nie możesz grać". Przerobiliśmy więc z kolegami datę urodzenia w mojej legitymacji. Zawsze wolałem mierzyć się ze starszymi. Oni mieli siłę, ja spryt. To mnie hartowało. W klubie to się szybko potwierdziło. Strzelałem po dziesięć goli. Nie, nie w sezonie. W meczu.

Czasami grałem trzy spotkania dziennie. Pamiętam taki przypadek. Byłem już juniorem, choć w wieku trampkarza. Rano przyjechałem na stadion, na swój mecz. Tam już grali trampkarze i nagle ich trener mnie woła: "Włodek, przegrywamy, przebieraj się!". Było dziesięć minut do końca. Strzeliłem dwa gole, wygraliśmy 3:2. Potem spotkanie juniorów - znów gole i zwycięstwo, a na koniec drużyna seniorów GKS Gliwice. To była trzecia liga. Trener chciał tylko, żebym usiadł na ławce, ale w drugiej połowie pojawiłem się na boisku. Miałem czternaście lat. Żyłem futbolem. Dzieciaki mają różne marzenia. Ktoś chce być strażakiem, ktoś nauczycielem. Ja nie zdążyłem się nawet zastanowić, kim chcę zostać. Po prostu byłem piłkarzem. Zaszczepił to we mnie tato. Nie zapomnę naszych wycieczek na mecze Sośnicy. Ciężarówkami, na pace, pod plandeką. Siedzieliśmy na takich ławeczkach. Wciągnęło mnie. Zobaczyłem, jakie dziewczyny kręcą się przy piłkarzach.

A kiedyś, pod kościołem na ślubie piłkarza Górnika, Stefana Floreńskiego, zobaczyłem Ernesta Pohla, kiedy wysiadał z nowiuteńkiej, lśniącej IFY. Były lata 60. Też chciałem taki być. Siedząc wtedy z kolegami w krzakach, pod kościołem, obserwując gwiazdę wielkiego klubu, nawet nie przyszło mi do głowy, jak szybko zagramy w jednej drużynie.