Odważny początek Śląska. Macenko zmarnował znakomitą okazję
Chociaż sobotnie spotkanie rozgrywano we Wrocławiu, w roli faworyta przystępował do niego Lech Poznań. Szkoleniowiec Śląska jeszcze przed pierwszym gwizdkiem przyznawał, że jego zdaniem Kolejorz jest obecnie, przynajmniej na papierze, najmocniejszą drużyną w ekstraklasie.
Wrocławianie nie zamierzali jednak oddawać inicjatywy rywalom. Od pierwszych minut agresywnie pressowali, szybko odbierali piłkę i skutecznie utrudniali poznaniakom wyprowadzanie akcji. Jedną z pierwszych groźnych sytuacji stworzył Grzegorz Tomasiewicz, którego uderzenie zmusiło Mateusza Lisa do interwencji.
Z czasem Lech zaczął przejmować kontrolę nad spotkaniem. Goście dłużej utrzymywali się przy piłce, ale mieli problemy ze sforsowaniem defensywy gospodarzy. Co więcej, to Śląsk wypracował sobie doskonałą okazję do objęcia prowadzenia.
Po świetnym podaniu Piotra Samca-Talara, który wrócił do składu po złamaniu ręki, sam na sam z bramkarzem Lecha znalazł się Jehor Macenko. Zawodnik gospodarzy zdecydował się jednak na mocne uderzenie, a Lis zdołał odbić piłkę. Niewykorzystana szansa szybko zemściła się na wrocławianach.
Jagiełło pokazał skuteczność. Lech prowadził do przerwy
W 31. minucie poznaniacy objęli prowadzenie. Po dośrodkowaniu piłka dość przypadkowo trafiła pod nogi niepilnowanego Filipa Jagiełły, który bez zastanowienia zdecydował się na strzał. Pomocnik Kolejorza uderzył niezwykle precyzyjnie, nie dając Karolowi Niemczyckiemu szans na skuteczną interwencję.
Co ciekawe, było to jedyne celne uderzenie Lecha w pierwszej połowie. Mimo że gospodarze potrafili zagrozić bramce rywali, na przerwę schodzili z jednobramkową stratą.
Szczęśliwy gol Rodrigueza i kolejny cios dla gospodarzy
Druga połowa rozpoczęła się dla Śląska w najgorszy możliwy sposób. Już w 50. minucie Lech podwyższył prowadzenie po swojej pierwszej akcji od wznowienia gry.
Pablo Rodriguez zdecydował się na strzał zza pola karnego, a piłka odbiła się od Mariusza Malca, całkowicie myląc Niemczyckiego. Futbolówka wpadła do siatki i poznaniacy prowadzili już 2:0.
Utrata drugiej bramki wyraźnie podcięła skrzydła gospodarzom. Przez kilka minut Śląsk sprawiał wrażenie zespołu rozbitego, ale z czasem odzyskał inicjatywę i ponownie ruszył do ataku.
Bliski zdobycia kontaktowej bramki był wprowadzony z ławki Malaly Dembele. Gdy wydawało się, że piłka znajdzie drogę do siatki, na linii bramkowej znakomicie interweniował Joel Pereira, ratując Lecha przed stratą gola.
Walemark wszedł z ławki i pogrążył Śląsk
Decydujący cios poznaniacy zadali w ostatnich dwudziestu minutach spotkania. Trener Niels Frederiksen wykazał się znakomitym wyczuciem, wprowadzając w 60. minucie Patrika Walemarka w miejsce Filipa Jagiełły.
Szwedzki skrzydłowy potrzebował zaledwie dziesięciu minut, aby wpisać się na listę strzelców. W 70. minucie podwyższył prowadzenie Kolejorza na 3:0, wykorzystując błędy wrocławskiej defensywy.
Zaledwie trzy minuty później Walemark uderzył ponownie, zdobywając swoją drugą bramkę i ustalając wynik na 4:0 dla gości. Przy obu trafieniach fatalnie zachował się Mariusz Malec, który zbyt łatwo pozwalał rywalowi na wygrywanie indywidualnych pojedynków.
Dwa gole rezerwowego praktycznie przesądziły o losach spotkania. Lech mógł spokojnie kontrolować wydarzenia na boisku, a gospodarze znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji.
Honorowe trafienie Tomasiewicza w doliczonym czasie
Pomimo wysokiego prowadzenia Lecha piłkarze Śląska nie zrezygnowali z walki o zdobycie choćby jednej bramki. Ich determinacja została nagrodzona w trzeciej minucie doliczonego czasu gry.
Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego obrońcy Kolejorza pozostawili bez krycia Grzegorza Tomasiewicza. Pomocnik gospodarzy wykorzystał okazję i skutecznym strzałem głową pokonał Mateusza Lisa.
Trafienie miało jednak wyłącznie honorowy charakter. Śląsk przegrał przed własną publicznością 1:4, a blisko 34 tysiące kibiców zgromadzonych na Tarczyński Arenie obejrzało kolejne rozczarowujące spotkanie swojej drużyny.
Śląsk w coraz trudniejszej sytuacji
Śląsk poniósł czwartą porażkę z rzędu i spadł na przedostatnie miejsce w tabeli. Choć w grze gospodarzy można było dostrzec pozytywne momenty, fatalna skuteczność pod bramką rywali i poważne błędy w defensywie sprawiły, że wrocławianie po raz kolejny zeszli z boiska pokonani.
Śląsk Wrocław – Lech Poznań 1:4 (0:1)
Bramki:
0:1 – Filip Jagiełło (31. min)
0:2 – Pablo Rodriguez (50. min)
0:3 – Patrik Walemark (70. min)
0:4 – Patrik Walemark (73. min)
1:4 – Grzegorz Tomasiewicz (90+3. min, głową)
Żółte kartki: Śląsk – Karol Linetty, Marc Llinares; Lech – Filip Jagiełło, Wojciech Mońka, Michał Gurgul, Patrik Walemark.
Sędzia: Patryk Gryckiewicz (Toruń).
Widzów: 33 863.
Śląsk Wrocław: Karol Niemczycki – Jehor Macenko, Lamine Ba, Mariusz Malec – Alex Timossi Andersson, Piotr Samiec-Talar (75. Eniss Shabani), Karol Linetty (60. Adam Ciućka), Grzegorz Tomasiewicz, Marc Llinares – Luka Marjanac (60. Malaly Dembele), Przemysław Banaszak (75. Ielstin Camoes).
Lech Poznań: Mateusz Lis – Joel Pereira, Mateusz Skrzypczak, Wojciech Mońka, Michał Gurgul – Robert Gumny (60. Antoni Kozubal), Radosław Murawski (75. Gustav Berggren), Pablo Rodriguez, Filip Jagiełło (60. Patrik Walemark), Leo Bengtsson (72. Daniel Hakans) – Mikael Ishak (72. Yannick Agnero).
