O meczu przy Łazienkowskiej głośno na długo przed pierwszym gwizdkiem. Wszystko za sprawą Legii, która nie wpuściła kibiców Wisły. Oficjalnym powodem był remont sektora przeznaczonego dla fanów drużyny gości.
To zdecydowało o niepodyktowaniu rzutu karnego
Po ostatnim gwizdku arbitra emocje nie opadły. Wręcz przeciwnie. Jest ich sporo, a wszystko za sprawą prowadzącego zawody Damiana Sylwestrzaka. Sędzia spotkania Legia - Wisła znalazł się w ogniu krytyki. Jego decyzje wywołały wielkie kontrowersje. Nie brakuje opinii, że arbiter wypaczył końcowy wynik.
Najpierw Sylwestrzak nie podyktował rzutu karnego dla "Białej Gwiazdy", po tym jak Julius Ertlthaler upadł po starciu z Bartoszem Kapustka. Stałem bardzo blisko tej sytuacji. Wcześniej zawodnik Legii lewą nogą idzie do piłki, blokuje ją i dotyka piłki, ciągnie ją i dochodzi do kontaktu z drugim zawodnikiem. W mojej ocenie był to kontakt niewystarczający, żeby podyktować rzut karny. Nie jesteśmy w stanie zmierzyć tej intensywności, to są rzeczy, które czasami czujemy bardziej lub mniej na boisku niż z perspektywy telewizji. Argumentem za rzutem karnym jest to, że dochodzi do kontaktu. Argumentem przeciwko jest to, że zawodnik idzie i dotyka piłki, w sposób naturalny ciągnie prawą nogą po ziemi i dochodzi do kontaktu - lecz pytanie jest o intensywność kontaktu i czy ma wpływ na możliwość poruszania się przeciwnika. Dla jednego będzie miało, dla drugiego nie. Ja sytuację opisałem sędziemu VAR, że w mojej opinii nie ma intensywności kontaktu - wyjaśniał Sylwestrzak w rozmowie z serwisem "Meczyki.pl".
Sylwestrzak przyznał się do błędu
Druga kontrowersyjna decyzja dotyczyła pierwszej bramki dla Legii. Padła ona po wrzucie z autu, którego powinien zostać podyktowany nie dla gospodarzy, ale dla gości. Jeżeli chodzi o wrzut z autu, to był błąd percepcyjny. Asystent, który był blisko, jest bardzo dobrym asystentem i podjął masę dobrych decyzji w ostatnich sezonach, tym razem się pomylił. Pomylił się w sytuacji dotyczącej wrzutu, nie karnego czy czerwonej kartki. A jeżeli chodzi o samo wykonanie wrzutu z autu, musimy mieć dowód i pewność, że zawodnik wykonujący wrzut nie ma kontaktu z podłożem. Tutaj tak naprawdę mamy kamerę oddaloną o 80-90 metrów i zrobiony zoom. Pamiętajmy, że najmniejsza styczność nogi z murawą powoduje, że to jest wciąż zgodne z przepisami gry. Z perspektywy boiska to są bardzo trudne sytuacje do oceny. Jest to też sytuacja, która nie podlega analizie VAR. VAR sprawdza bramki, ale ani to, której drużynie został przyznany wrzut, ani sam sposób jego wykonania, zgodnie z protokołem VAR nie podlega weryfikacji, więc ta decyzja nie mogła być zmieniona. Tu jest po prostu nasz błąd, dotyczący kierunku wrzutu, a co do sposobu moim zdaniem nie ma jednoznacznego dowodu, jak ta piłka została wprowadzona do gry. Prośba, żeby zachować skalę, bo to nie jest błąd o braku czerwonej kartki czy faulu na bramkarzu, gdy piłka wpada do bramki. Tutaj mamy jeszcze sześciu, siedmiu zawodników w polu karnym i jest szansa, że zespół broniący nie doprowadzi do straty bramki - tłumaczył Sylwestrzak.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
