W 58. minucie spotkania Lecha z ŁKS trener gospodarzy Dariusz Żuraw podjął decyzję, by w miejsce nieco zmęczonego Amarala wszedł na boisko Kamil Jóźwiak. Pomocnik "Kolejorza" stał już przy linii bocznej boiska i wydawało się, że lada moment pojawi się na murawie. Tym bardziej, że nastąpiła krótka przerwa w grze. Arbiter techniczna miała najwyraźniej kłopot z tablicą świetlną i główny sędzia Daniel Stefański nakazał grać dalej. Kilkadziesiąt sekund później Portugalczyk efektownym uderzeniem w okienko bramki Arkadiusza Malarza otworzył wynik meczu.

Reklama

"Dobrze się stało, że Joao został na boisku i w następnej akcji strzelił bramkę. Tak naprawdę pani sędzia trochę się spóźniła, bo miałem już wchodzić na boisko. Chyba tak miało być" - opowiadał po spotkaniu Jóźwiak.

Z kolei autor pierwszego gola nawet nie wiedział, że jego czas w tym meczu dobiega końca.

"Ja zajmuję się tym, co do mnie należy, czyli grą, a od dokonywania zmian jest trener. Nawet nie wiedziałem, że byłem przygotowany do zmiany" - przyznał portugalski pomocnik.

Po golu sztab szkoleniowy anulował zmianę, a niedoszły zmiennik Amarala musiał kontynuować rozgrzewkę i ostatecznie pięć minut później zastąpił innego skrzydłowego Tymoteusza Puchacza. Portugalczyk natomiast został zastąpiony przez Jakuba Kamińskiego.

Opiekun lechitów miał jednak nosa, bo to właśnie akcja rezerwowych - Kamińskiego i Jóźwiaka - zakończyła się drugą bramką.

"Cieszymy się z tej serii, bo takiej jeszcze nie mieliśmy w tym sezonie. Wygraliśmy trzy mecze z rzędu w lidze i do tego w Pucharze Polski. Do tego mamy za sobą kolejne spotkanie na "zero z tyłu", ale też nie popadamy w euforię, bowiem do czołówki jeszcze nam dużo brakuje" - podsumował spotkanie Jóźwiak.

Reklama