W poniedziałek Arsenal wygrał w lidze po dwumiesięcznej przerwie, ale niedziela pokazała, że był to raczej jednorazowy "wyskok" niż odwrócenie tendencji. Ekipa trenera Josepa Guardioli szybko pozbawiła gospodarzy złudzeń, gdyż już po kwadransie - i trafieniach Kevina De Bruyne oraz Raheema Sterlinga - prowadziła 2:0.

Reklama

Belg jeszcze przed przerwą podwyższył na 3:0. To jego szósty i siódmy gol w sezonie. Do końca meczu wynik już się nie zmienił. Goście kontrolowali przebieg wydarzeń na boisku. Zawodnicy ze stolicy byli tłem, a przez 90 minut oddali jeden strzał w światło bramki.

"Hat-trick? Byłoby miło, ale ważne, że moje trafienia pomogły w odniesieniu pewnego zwycięstwa. Zdajemy sobie sprawę, że jesienią nie gramy tak dobrze, jak w poprzednim sezonie, ale walczymy. Wciąż jesteśmy w grze o tytuł, na porażkę w derbach Manchesteru zareagowaliśmy dwoma wygranymi w następnym tygodniu, więc nie jest z nami tak źle, jak można gdzieś przeczytać czy usłyszeć. Myślę, że walka o mistrzostwo będzie jeszcze ciekawa" - powiedział na antenie BBC tuż po ostatnim gwizdku De Bruyne.

"The Citizens" mają 35 pkt i na cztery zbliżyli się do wicelidera z Leicester. Arsenal z dorobkiem 22 zajmuje dziewiątą pozycję.

"Lisy" z Leicester w sobotę nie sięgnęły po komplet punktów po raz pierwszy od dziewięciu kolejek, remisując przed własną publicznością z Norwich City 1:1.

Pierwsi bramkę zdobyli goście, a uczynił to najskuteczniejszy zawodnik beniaminka Fin Teemu Pukki. Jeszcze przed przerwą miejscowi wyrównali. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego mający najwięcej goli w Premier League Jamie Vardy zgrał piłkę głową, a niefortunną interwencją do siatki wbił ją holenderski bramkarz "Kanarków" Tim Krul.

Leicester City traci 10 pkt do Liverpoolu, który w 17. meczu w sezonie odniósł 16. zwycięstwo. Tym razem "The Reds" pokonali na własnym stadionie zamykający tabelę Watford 2:0, a obie bramki zdobył Egipcjanin Mohamed Salah. Triumfatorzy ostatniej edycji Ligi Mistrzów pewnie kroczą po 19. w historii, ale pierwszy w erze istniejącej od 1992 roku Premier League, tytuł mistrza kraju. Liverpool najlepszy w Anglii był ostatnio w 1990 roku.

Reklama

Za plecami czołowej trójki są Chelsea Londyn - 29 pkt oraz coraz lepiej spisujący się, po słabym początku sezonu i zmianie szkoleniowca, Tottenham Hotspur - 26.

"Koguty" w niedzielę pokonały na wyjeździe Wolverhampton Wanderers 2:1. Pierwszego gola dla gości uzyskał w ósmej minucie Lucas Moura, który indywidualną akcją skończył bajecznym uderzeniem pod poprzeczkę. W 67. minucie wyrównał Adama Traore i gdy wydawało się, że niepokonane w lidze od 14 września "Wilki" przedłużą serię meczów bez porażki do 12, w doliczonym przez arbitra czasie gry belgijski obrońca Jan Vertonghen zdobył zwycięską bramkę dla londyńczyków.

Ekipa prowadzona od czterech tygodni przez Jose Mourinho wygrała pod wodzą Portugalczyka cztery z pięciu ligowych potyczek.

"Zdawaliśmy sobie sprawę, że czeka nas ciężka przeprawa. Dobrze jednak zaczęliśmy, prowadziliśmy i gdybyśmy zdobyli drugiego gola, to +zabilibyśmy+ mecz. A tak rywale zwietrzyli szansę i w drugiej połowie byli naprawdę groźni. Traore i Diogo Jota są nieprawdopodobnie szybcy i trudni do zatrzymania. Gospodarze musieli atakować, bo dużo remisują i czuliśmy, że jeden punkt ich nie zadowoli. Jednak to my zadaliśmy decydujący cios. Nieprawdopodobne, ale bardzo ważne dla nas trzy punkty" - skomentował Mourinho.

Prowadzący "Wolves" jego rodak Nuno Espirito Santo przyznał, że jest zadowolony z tego, jak jego drużyna prezentowała się w ofensywie, ale zawiodła obrona.

"Zagraliśmy naprawdę dobry mecz, ale niestety nie perfekcyjny. Za słabo broniliśmy. Mieliśmy sporo okazji, by złamać +Spurs+, ale w decydującym momencie doświadczony rywal wykorzystał moment naszej dekoncentracji. Może zabrakło nam wyrachowania, ale od zawsze atak przeważa u nas nad defensywą" - zaznaczył opiekun Wolverhampton.