Goście objęli prowadzenie w 14. minucie za sprawą Jamala Musiali.
Później do ich bramki trafiali kolejno Japończyk Takumi Asano (38.), Keven Schlotterbeck (44.) i Austriak Kevin Stoeger z rzutu karnego (85.).
Niewielkie powody do zadowolenia miał w niedzielę Anglik Harry Kane, który w doliczonym czasie zmniejszył stratę na 2:3. Były napastnik Tottenhamu Hotspur ma już 25 goli w tym sezonie i zdecydowanie prowadzi w klasyfikacji strzelców.
Z kolei na krytykę naraził się francuski obrońca Dayot Upamecano, który zobaczył czerwoną kartkę i nie mógł dokończyć meczu. To samo przydarzyło mu się w środę przeciwko Lazio. W obu przypadkach po jego faulach przeciwko Bayernowi podyktowany został rzut karny.
W Bundeslidze broniący tytułu Bayern zgromadził 50 punktów i ma już osiem straty do Bayeru, który w sobotę wygrał na wyjeździe z Heidenheim 2:1. Mistrz Niemiec odpadł już wcześniej z Pucharu Niemiec i wiele wskazuje na to, że po raz pierwszy od rozgrywek 2011/12 może zakończyć sezon bez żadnego trofeum. Nie dziwi zatem, że już od kilku dni trwają w mediach spekulacje o przyszłości trenera Thomasa Tuchela.
Kryzys seryjnego mistrza drastycznie zaostrzył się po trzeciej porażce z rzędu - skomentowano w depeszy agencji dpa.
Pewnym usprawiedliwieniem słabej formy monachijczyków jest plaga kontuzji w zespole. Z powodu urazów nie mogą grać: Sacha Boey, Alphonso Davies,
Konrad Laimer, Kingsley Coman, Serge Gnabry i Bouna Sarr, a przed meczem do tego grona dołączył też Aleksandar Pavlovic. Z kolei Leroy Sane, który był w wyjściowym składzie na spotkania wszystkich 21 poprzednich kolejek, także miał problemy zdrowotne i tym razem rozpoczął na ławce rezerwowych.
VfL Bochum awansowało na 11. miejsce z dorobkiem 25 punktów. W poprzednich trzech spotkaniach z Bayernem zespół ten nie zdobył nawet gola i przegrał dwukrotnie 0:7 i raz 0:3.
Niedzielne spotkanie zostało przerwane na kilkanaście minut w obu połowach z uwagi na protest kibiców, którzy wrzucili na murawę piłki tenisowe. W ten sposób sprzeciwiają się przejęciu niemieckiej ligi przez zagranicznych inwestorów.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
