Nazwisko 28-letniej amerykańskiej narciarki już od blisko trzech tygodni właściwie nie znika z czołówek gazet i głównych newsów w serwisach informacyjnych w internecie. Dokładnie od momentu, gdy wiecznie uśmiechnięta urodziwa blondynka ogłosiła, że chce się ścigać z mężczyznami.

Reklama

Na razie nie ma w planach walki o Kryształową Kulę z panami, lecz pojedynczy start w zjeździe w kanadyjskim Lake Louise, gdzie - w rywalizacji kobiet - wygrała dziewięć z ostatnich 11 zawodów w konkurencjach szybkościowych (zjeździe i supergigancie).

W sumie w ciągu pięciu ostatnich sezonów czterokrotnie zdobywała tytuł najlepszej alpejki, a jej serię w 2011 roku przerwała bliska przyjaciółka Niemka Maria Riesch-Hoefl.

W tym czasie Vonn była bezkonkurencyjna w swoich ulubionych konkurencjach - zjeździe i supergigancie, a w całym Pucharze Świata może się pochwalić imponującym dorobkiem 53 zwycięstw w karierze. Nie dziwi więc, że wobec braku większego oporu ze strony rywalek szuka nowych wyzwań.

Jej deklaracja o wystąpieniu do organizatorów zawodów w Lake Louise podzieliła specjalistów, dziennikarzy, a nawet kibiców, praktycznie dokładnie po połowie. Zwolennicy chwalą jej odwagę i utwierdzają w decyzji. Sceptycy próbują podnieść poprzeczkę, namawiając do zastąpienia dość łatwych kanadyjskich stoków najtrudniejszymi męskimi trasami w całym kalendarzu - w Kitzbuehel i Wengen.

Te ostatnie sugestie trafiły na podatny grunt, jednak Amerykanka zapowiedziała ewentualne starty w Austrii i Szwajcarii po zakończeniu kariery, ze względu na zwiększone ryzyko kontuzji. Wciąż jednak upiera się, że chce spróbować swoich sił z narciarzami w Lake Louise i to już za miesiąc (24 listopada).

Stosowny wniosek złożyła do Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), która na razie nie podjęła żadnej decyzji. Pucharowy regulamin jednak nie przewiduje większej liczby oficjalnych treningów na tej samej trasie, a mężczyźni i kobiety w odstępie tygodnia będą się ścigać na tym samym stoku. Jeśli wiec Amerykanka zrezygnuje ze startu z paniami, teoretycznie ma otwartą furtkę do męskich zawodów. Oczywiście, jeśli wyrazi na to zgodę FIS na najbliższym posiedzeniu zarządu (3-4 listopada).

Pomysł alpejskiej "wojny płci" mocno podgrzał atmosferę tuż przed rozpoczęciem sezonu, a już na pewno rozpętał medialną burzę z Vonn w pierwszoplanowej roli. Malkontenci jak mantrę powtarzają, że właśnie o rozgłos chodziło w tej sprawie, a co bardziej odważni zaczęli nawet namawiać Amerykanina Bode Millera do startu w gronie pań.

To całe zamieszanie skutecznie przysłoniło informacje o innych narciarzach i narciarkach przygotowujących się do walki o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej, a także przymierzających się do małych Kryształowych Kul w poszczególnych konkurencjach.

Wśród kobiet scenariusz wydaje się jasny, a określić go można prostym hasłem "Vonn kontra reszta świata", czyli przede wszystkim silna koalicja austriackich alpejek oraz Riesch-Hoefl. Biorąc pod uwagę zdecydowaną przewagę Amerykanki, można się spodziewać, że jej ekstrawaganckie plany w Lake Louise co najwyżej nieznacznie opóźnią jej końcowy triumf w PŚ.

Natomiast u mężczyzn sprawa jest tradycyjnie już o wiele bardziej skomplikowana, a lista najpoważniejszych tylko kandydatów spokojnie może uwzględnić nawet kilkanaście nazwisk. Pewne jest to, że tytułu najlepszego alpejczyka sezonu będzie bronił Austriak Marcel Hirscher, który nieznacznie wyprzedził w marcu Szwajcara Beata Feuza (nie wystąpi w Soelden). Groźny też powinien być Chorwat Ivica Kostelic, jeśli uda mu się uniknąć poważniejszych kontuzji.

Wiele wskazuje, że losy Kryształowej Kuli będą się znów ważyć do samego końca, do finałowych zawodów w szwajcarskim Lenzerheide.