Przyjechała pani do Polski tylko na chwilę?
Dosłownie kilka dni temu wróciłam z Wołgogradu, gdzie trenowałam przed rozpoczęciem sezonem. Już w środę wracam na kolejny obóz przygotowawczy.

Pracuje tam pani z byłym trenerem najlepszej tyczkarki świata, Jeleny Isinbajewej. Skąd ten pomysł, przecież ma pani swojego trenera?
W mojej współpracy z Jackiem Torlińskim nic się nie zmieniło. Jewgienij Trofimow udziela mi w Wołgogradzie tylko drobnych konsultacji. Kiedyś na obozach w Formi spotykałam innego doskonałego trenera Witalija Pietrowa (były szkoleniowiec Siergieja Bubki, obecny Isinbajewej). Teraz dla urozmaicenia zmieniliśmy miejsce obozów na Wołgograd. Trudno przez lata powielać te same treningi, każdemu potrzebne są nowe bodźce.

Co na to pani trener?
Nic nie dzieje się bez jego wiedzy. Jacek nie boi się konkurencji. Może dlatego, że jest także moim mężem. Bardzo dobrze się znamy i wiem, że w naszej współpracy tkwią jeszcze wielkie rezerwy.

Na czym polega tajemnica skuteczności rosyjskich trenerów?
Nie można powiedzieć, że każdy rosyjski trener jest dobry. Ale rzeczywiście mają wielkie tradycję. Wypracowali swoją szkołę - wiele zawodniczek zaczynało tam karierę od gimnastyki. Tak Trofimow wychował Isinbajewą, pierwszą kobietę, która skoczyła 5 m.

Specjaliści mówią, że może skoczyć jeszcze wyżej, podobnie opinie słychać o pani.
Oczywicie. Mój rekord życiowy, 4,83 m, na pewno nie jest ostatecznym rezultatem. Trudno powiedzieć, o ile go poprawię, natomiast Jelenę oceniam na 5,15–5,20 m.

Co pani sądzi o jej taktyce bicia rekordów? Zamiast poważnie zwiększyć wysokości, dokłada centymetr po centymetrze.
Ona robi coś bardzo mądrego - tworzy historię Jeleny Isinbajewej. Próbuje prześcignąć legendę Siergieja Bubki i jego 35 rekordów świata. Będzie jej bardzo trudno, bo na razie ma ich 20. Ale chce skakać do mistrzostw świata 2013 w Moskwie. Nie raz już pokazała, że wszystko jest możliwe. Kiedyś bariera 5 m wydawała się nie do pokonania.

I pani, i Isinbajewa swoje najlepsze rezultaty osiągnęłyście pod koniec lata 2005 roku. Od tamtej pory kibice nie doczekali się nowych rekordów. Czy to przypadkowa zbieżność?
Całkowicie przypadkowa. Zachwianie formy Isinbajewej mogło być spowodowane jej zmianą trenera i wyprowadzką z Rosji. A moja dobra passa wcale nie skończyła się na tamtym lecie. Miałam bardzo udany sezon halowy - poprawiłam rekord życiowy i zdobyłam srebrny medal na mistrzostwach świata w Moskwie. Niestety, potem przytrafiła mi się kontuzja ścięgna Achillesa. Wznowiłam treningi dopiero w październiku i powoli wracam na skocznię. Na początek w lutym zdobyłam brązowy medal
halowych mistrzostw Europy w Birmingham.

Zna pani już swój kalendarz startów?
Tak, zaczynam sezon 15 czerwca w Oslo, a skończę na wrześniowym finale Grand Prix w Stuttgarcie. W sumie wezmę udział w 17 konkursach. Najważniejsze będą oczywiście mistrzostwa świata w Osace. Zależy mi też na wynikach w mityngach Złotej Ligi.

Co poza rangą zawodów motywuje panią do skakania. Czy ma znaczenie obecność silnych rywalek?
Rywalizacja jest ważna, ale na skoczni przeciwniczką jest przed wszystkim poprzeczka, wysokość. Wiele razy pokazałam, że potrafię osiągać rezultaty nie tylko na imprezach rangi mistrzowskiej. Tak naprawdę najważniejsza jest publiczność. Przy gorącym dopingu mogę skakać wysoko nawet w mało ważnym konkursie bez światowej obsady. Jestem ambitna i bardzo poważnie traktuję to, co robię. Podobnie jak mój trener, sponsor i wszystkie osoby, które ze mną pracują. Właśnie wracam do prawdziwego skakania. Już nie mogę doczekać się pierwszych zawodów.