Dziwnym trafem gracze wciąż obstawiali zwycięstwo mało znanego Argentyńczyka, a gdy wpłaty na to spotkanie przekroczyły siedem milionów dolarów, rosyjski tenisista (rozstawiony z numerem 1)... zgłosił kontuzję.

Sprawa śmierdzi na kilometr, bo internetowi gracze - jakby wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi - stawiali na Vassallo Arguello nawet wówczas, gdy gładko przegrał pierwszego seta 2:6. To z reguły się nie zdarza - klienci firm bukmacherskich często szukają niespodzianek, ale rzadko kiedy robią to w trakcie spotkania, gdy faworyt zdecydowanie wygrywa - pisze DZIENNIK.

W ogóle zainteresowanie meczem Rosjanina było nadzwyczajne. Szacuje się, że tygodniowe obroty Betfair mogą sięgać 100 milionów dolarów (jest to największy bukmacher w Wielkiej Brytanii), ale żeby aż siedem procent tej sumy pochodziło z jednego spotkania tenisowego turnieju rozgrywanego w Polsce? Nic dziwnego, że przedstawiciele bukmachera już zgłosili sprawę do ATP.

Skoro na mecz było siedem milionów dolarów wpływów, z czego około pięciu na Argentyńczyka, można szacować, że w Betfair ktoś (oczywiście nie jedna osoba) wygrałby ponad piętnaście milionów dolarów. Wygrałby, a nie wygra, bo wypłaty zawieszono.

Coraz więcej bukmacherskich firm w razie kontuzji jednego z zawodników po prostu oddaje pieniądze graczom i nie rozlicza zakładu. To sposób, aby zabezpieczyć się przed tenisowymi złodziejami. Bo że prawdziwe pieniądze nie leżą na korcie, ale u bukmacherów, tenisiści wiedzą od dawna (w Sopocie pula nagród wynosiła 425 tysięcy euro, czyli kilkadziesiąt razy mniej, niż było do wzięcia w internecie).

Wiedzą zwłaszcza ci z Rosji. Przez wiele lat podejrzenia ciągnęły się za Jewgenijem Kafelnikowem, pogrążonym w hazardzie po uszy. Nadzwyczaj często zdarzało mu się skreczować lub zastanawiająco łatwo przegrać. W końcu dał sobie spokój z tenisem i zajął się zawodowym graniem w pokera. Szokujących porażek nie uniknął też Marat Safin - twierdzi DZIENNIK.

Czy wszystko to ma związek z rosyjską mafią bukmacherską, o której słychać od dawna? Kilka dni temu wyszło na jaw, że Rosjanie ustawili kilka meczów w piłkarskich eliminacjach Euro 2004 (wpływali na wyniki reprezentacji Białorusi). Dla nich to sposób nie tylko na wypranie brudnych pieniędzy, ale także na ich pomnożenie. Zwłaszcza gdy zakład nie wiąże się z żadnym ryzykiem, bo wynik jest "bezpieczny". W zeszłym roku słychać też było o Chińczykach, którzy sterowali wynikami w piłkarskiej lidze Belgii. To, że punkty bukmacherskie odwiedzają także polscy zawodnicy, nie jest żadną tajemnicą.

Takie przestępstwa są niezwykle trudne do wykrycia, bo trzeba rozstrzygnąć, w którym momencie kończy się szczęście. Czy kiedy Filippo Volandri sprawił w Sopocie sensację, przegrywając z Michałem Przysiężnym, to było właśnie szczęście hazardzistów? Kurs na zwycięstwo mało doświadczonego Polaka wynosił początkowo pięć do jednego, potem na skutek sum wpłacanych na Przysiężnego spadł do dwóch do jednego, aż wreszcie zakład zamknięto. A przecież żaden znawca tenisa na naszego zawodnika nie postawiłby złamanego grosza. Co ciekawe, rok wcześniej Polak pokonał Guillermo Corię, bo ten skreczował (co oczywiście może nic nie znaczyć, kontuzje się przecież zdarzają) w pierwszym secie.

Interesujące, że - jak udało nam się ustalić - pieniądze na mecz Dawydienko - Vassallo Arguello wpłacano praktycznie tylko w firmie Betfair, inni bukmacherzy nie zauważyli wzmożonego ruchu na to spotkanie. Była to więc zorganizowana akcja. A dlaczego akurat Betfair? Może to mieć związek z faktem, że nie jest to typowy bukmacher, lecz giełda zakładów - gra się przeciwko innym ludziom, a nie firmie. I w przypadku wygranej może być łatwiej o wypłatę olbrzymich sum - zwykli bukmacherzy są bardziej podejrzliwi, a dla niektórych wypłata kilkudziesięciu milionów dolarów mogłaby oznaczać zwinięcie interesu.

Jak skomentuje pan doniesienia z firmy bukmacherskiej? - zapytał DZIENNIK Dawydienkę.
Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Ktoś wyraźnie próbuje mi zaszkodzić. Można by sądzić, że przegrałem ostatnio kilka razy w I rundach, więc próbuję zarobić pieniądze na nielegalnych zakładach. To po prostu głupie. Naprawdę potrzebuję teraz punktów za zwycięstwa, żeby utrzymać pozycję w rankingu. Mogę tylko powiedzieć, że lekarz w Kolonii, gdzie teraz jestem, właśnie potwierdził moją kontuzję stopy. Zresztą to samo zrobił wcześniej oficjalny lekarz turnieju. Mam to wszystko na piśmie. I chętnie pokażę dziennikarzom na moim następnym turnieju w Montrealu. Mogę udowodnić, że jestem niewinny.

Co dokładnie panu dolega?
Mam naciągnięte ścięgno biegnące od dużego palca wzdłuż podeszwy stopy.

Mówił pan, że nadwerężył nogę jeszcze przed meczem z Vassallo Arguello. Czy ktoś o tym wiedział?
Powiedziałem o tym tylko mojej żonie. Wtedy nie potraktowałem tego poważnie. Nie wiedział nawet lekarz, który bandażował mi stopę. Zresztą poprosiłem o to tylko dla zabezpieczenia. Ale już w 2. secie ból był zbyt silny, żebym mógł grać.