Dyrektor sportowy Dakaru Marc Coma zapowiadał, że będzie to najtrudniejsza edycja w historii. Chyba rzeczywiście tak było, choć tegoroczny profil trasy nie wszystkim się podobał. Start nastąpił w stolicy Paragwaju Asuncion i przez trzy dni kierowcy rywalizowali w tropikalnych upałach. Później rajdowa karawana wjechała w Andy i wraz ze wzrostem wysokości nastąpił spadek temperatury.

Z powodu opadów trzeba było odwołać dwa etapy, a kilka odcinków specjalnych skrócić. Ta edycja Dakaru była bardzo wymagająca fizycznie. Uczestnicy w ciągu dwóch tygodni musieli pokonać kilka stref klimatycznych i wysokości od zera do niemal pięciu tysięcy metrów n.p.m. Opinie na temat trasy są podzielone.

„Boliwia to świetny kraj do ścigania ze względu na entuzjazm ludzi, ale fatalny ze względu na pogodę. W środku lata zdarzają się deszcz, grad i śnieg. Jest wysoko, ludzie mają zmącone umysły, nie da się funkcjonować normalnie. To kraj dużego ryzyka dla Dakaru, ale rozumiem, że decydują względy ekonomiczne. Te odcinki rozgrywane w Boliwii nie są przyjemne” – powiedział PAP zwycięzca rywalizacji quadów sprzed dwóch lat Rafał Sonik, który tym razem zajął czwarte miejsce.

Natomiast kierowcy Mini Jakubowi Przygońskiemu, który w tej imprezie zadebiutował w 2009 roku jako motocyklista, tegoroczna edycja przypadła do gustu, przede wszystkim dlatego, że była bardzo trudna i urozmaicona.

„To chyba najcięższy Dakar, w jakim startowałem. Trudny terenowo, każdy odcinek miał jakąś wymagającą partię. Do tej pory Dakary były takie, że były trzy bardzo trudne odcinki, a na reszcie się można było ścigać. Tutaj trzeba było być czujnym cały czas” – podkreślił.

„Do tego doszła bardzo skomplikowana nawigacja. Moim zdaniem to dobrze, bo decyduje nie tylko sprzęt, ale także umiejętności pilota. Tylko trzeba lepiej opisać road-booka. Trasa super fajna. Były trudne odcinki w Boliwii i na wydmach w Argentynie. Wiele przejazdów przez kałuże i błota, czego wcześniej nie było. Nie było nudy” – dodał Przygoński, który wraz z belgijskim pilotem Tomem Colsoulem zajęli siódme miejsce w klasyfikacji generalnej.

Z kolei słów krytyki pod adresem organizatorów nie krył Jacek Czachor, który przejechał kilkanaście Dakarów jako motocyklista, a teraz był koordynatorem w Orlen Teamie.

„Nie podobał mi się ten Dakar. Były zbyt długie dojazdówki, a za krótkie odcinki specjalne. Kto słyszał, żeby łączne czasy oscylowały w granicach 30 godzin. Ja pamiętam, że było to nawet 45-50 godzin. I było za mało etapów - tylko 12. Kiedyś było najmniej 14. Ale wiadomo, że każdy biwak to pieniądze. Decydujący odcinek miał być w Salcie, wszyscy się do niego przygotowywali i został odwołany” – powiedział Czachor.

„Czuję, że organizatorzy mogą mieć za rok problemy z frekwencją, bo wiem, że niektórym taki profil trasy nie odpowiada. Boliwia płaci, ale to nie powinno być decydujące. Ten Dakar był rzeczywiście bardzo trudny, ale każdy jest trudny” - dodał.

Jaki powinien być przyszłoroczny Dakar?

„Przede wszystkim dwa razy dłuższy. Powinien trwać cztery tygodnie. Gdybym miał układać Dakar, to bym zrobił 20 tys. kilometrów przez Argentynę, Peru, Chile, Brazylię i Paragwaj. To byłby taki rajd, w którym człowiek czułby się jak w długim, spełnionym życiu. No i byłoby gorąco, tak jak na Dakarze w Afryce” – wspomniał Sonik.

Bardziej afrykańskich warunków oczekiwałby też Przygoński. „Fajny byłby powrót do Peru, gdzie są mocno pustynne tereny. Boliwia jest ok, ale trzeba przez nią szybciej przejechać” – podkreślił.

Tegoroczny Rajd Dakar zakończył się w sobotę uroczystym przejazdem pojazdów w Buenos Aires. Wystartowało w nim dziewięciu polskich kierowców, a ukończyło pięciu – oprócz Sonika i Przygońskiego motocyklista Paweł Stasiaczek, Kamil Wiśniewski na quadzie i Dariusz Rodewald w zespole holenderskiej ciężarówki. Wycofali się motocykliści Jakub Piątek, Adam Tomiczek i Maciej Berdysz oraz Sebastian Rozwadowski, który był pilotem litewskiego kierowcy Benediktasa Vanagasa.