Kiedy w 2010 r. w Indonezji kolega przedstawiał mnie swoim znajomym i powiedział, że jestem z Polski, usłyszałam: "Walesa, Wojtyla i Kubika!". O ile z dwoma pierwszymi nie miałam problemu, tak przy trzecim popatrzyłam pytająco. "Bziuuuu!". No tak. Robert Kubica, polski kierowca Formuły 1. Tyle że ja wtedy oglądałam F1 tylko jednym okiem, choć bardzo miło wspominałam np. swoje spotkanie z Fernando Alonso i Jarno Trullim w 2003 r. w Warszawie – nomen omen, wtedy jeździli jako Renault F1 Team. Roberta Kubicę zresztą też spotkałam – przy okazji pokazowej imprezy BMW Sauber na lotnisku na Bemowie, kiedy nasz jedyny kierowca F1 reprezentował te właśnie barwy.

F1 zaczęłam lubić bardziej, a tym samym oglądać regularnie, za sprawą mojego (wtedy jeszcze nie) męża, już po rajdowym wypadku Roberta. Na żywo ta sztuka udała mi się na razie trzy razy: w 2013 r. w Malezji, w 2014 r. we Włoszech i w 2015 r. w Azerbejdżanie. Wciąż jednak bez Roberta. Ale jego kibice o nim nie zapominali. Nie mówię tylko o naszych rodakach z flagami Polski, z napisami w stylu: "Robert, czekamy na Ciebie". Za każdym razem, gdy w czasie wyścigów padało słowo "Polska", rozmowa od razu schodziła na Kubicę. Niekoniecznie kurtuazyjnie, bo przecież on ciągle w motosporcie był. Choć uraz jego prawej ręki był bardzo poważny i wykluczył go z rywalizacji w F1 (kierownica bolidu wymaga ponadprzeciętnych zdolności manualnych), to Kubica wrócił do rajdów. W 2013 r. został mistrzem świata w klasie WRC-2.

Robert Kubica nigdy nie ukrywał, że do F1 chce wrócić, jednak był tak bardzo ostrożny w swoich wypowiedziach, że chyba tylko najwierniejsi fani mieli jeszcze nadzieję. Nie miały jej najwidoczniej władze Polsatu. Po tym, jak Robert przestał jeździć w F1, oglądalność "cyrku" spadła. Zygmunt Solorz-Żak, właściciel stacji, w pewnym momencie po prostu praw do transmisji nie kupił. Teraz okazuje się, że Robert Kubica może do F1 wrócić.

Zaczęło się trochę niepozornie, gdy gruchnęła wiadomość, że po sześciu latach przerwy Kubica będzie testował dla Renault bolid Formuły 1. Pal sześć, że z 2012 r., ale kto by pomyślał, że to jeszcze kiedykolwiek będzie możliwe? Renault zapewniało, że to tylko jednorazowa sytuacja, na prośbę Roberta, a przecież po latach świetnej współpracy są mu coś winni, etc. Można było ostrożnie zakładać, że jeśli testy się powiodą, to może Renault zrobi 32-letniemu Kubicy pożegnanie z F1... Błąd! Szybko się okazało, że Robert pojedzie również w kolejnych testach. A wyniki wprawiały w osłupienie. Dlatego wieść o testowaniu tegorocznego bolidu na Hungaroring była już tylko kropką nad i, na którą wszyscy czekali.

Pamiętam wywiad z Kubicą po pierwszych testach. Nie wiem, kiedy ostatnio widziałam go tak uśmiechniętego. Nawet bardziej niż po mistrzostwie świata WRC-2. Przez wszystkie lata spędzone obok F1 jego mimika bardziej przypominała tę fińskiego Icemana, czyli Kimiego Raikkonena, mistrza świata F1 w Ferrrari w 2007 r., którego twarz zazwyczaj nie zdradza żadnych emocji.

I gdy dzisiaj słyszymy, jak Renault wije się w komentarzach, wciąż zapewniając, że „nie ma nic na rzeczy”, coraz trudniej w to uwierzyć. Wiadomo, grać muszą do końca. Zwłaszcza że Robert nie zastąpiłby w tym zespole niemieckiego kierowcy Nico Hülkenberga, a Brytyjczyka Jolyona Palmera, który jeździ – delikatnie mówiąc – dosyć średnio. Niemniej jednak jest on kierowcą płatnym. Czyli po prostu płaci zespołowi za swój fotel.

Cyril Abiteboul, szef zespołu Renault, zapewnia, że Palmer będzie jeździł do końca tego sezonu bez względu na wyniki testów Roberta w tegorocznym bolidzie. Tymczasem już nawet dziennikarze BBC spekulują, że Kubica mógłby zastąpić Brytyjczyka jeszcze w tym sezonie (ten dostałby zapewne ogromne odszkodowanie). Ba, mogłoby się to stać nawet w najbliższym wyścigu, po miesięcznej przerwie, czyli pod koniec sierpnia w Belgii!

Kubicomania w Polsce nabrała zawrotnego tempa. W ostatnich dniach w dyskusjach w grupie „Wyjazdy na wyścigi Roberta Kubicy” na Facebooku panowało istne szaleństwo. Ludzie skrzykiwali się na wspólne przejazdy samochodem, autobusem, busem. Pokazywali stworzone przez siebie wzory koszulek i nalepek na auta. A we wtorek od rana pierwsi już publikują filmy z toru. Było nawet selfie z Kubicą z lotniska – jeden z fanów miał mnóstwo szczęścia, choć niektórzy twierdzili, że Robert był już na torze w wyścigowy weekend (zespół jednak nie próbował ostatecznie dobijać Palmera).

Ale Kubicomania nie jest jednak tylko naszą domeną. Już po pierwszych informacjach o testach Roberta dla Renault lawinowe komentarze – tylko i wyłącznie pozytywne – mnożyły się na Twitterze teamu. Płynęły z całego świata. Żywo zareagował też padok. Nie ma w nim bowiem kierowcy, który nie lubi Roberta (OK, może będzie nim Palmer...). Bardzo ciepło pisze o nim także w swej autobiografii były kierowca F1 Mark Webber, który z kolei nie szczędzi gorzkich słów Sebastianowi Vettelowi, z którym jeździł w zespole Red Bulla, czy nawet mistrzowi wszech czasów, Michaelowi Schumacherowi. Gdy w czerwcu byłam na wyjeździe w Niemczech z kilkunastoma osobami z całego świata, zarówno koleżanka z RPA, jak i koledzy z Kostaryki i Hiszpanii dopytywali: "No co z tym Kubicą". A wydawałoby się, że to Robert Lewandowski jest dziś chyba najbardziej rozpoznawalnym za granicą polskim sportowcem.