Z polską piłką nie jest tak źle, jak sugerują zdjęcia z Litwy. Nasze stadiony nie są tak niebezpieczne, by nie można było iść na mecz, nie ryzykując życia. Bywa całkiem sympatycznie - także na stadionie owianej teraz złą sławą Legii. Ale w tłumie rozśpiewanych, spokojnych ludzi kryją się ci, którzy nasz futbolu pogrążają - drobni przestępcy, kieszonkowcy, początkujący mafiosi, złodzieje samochodów, uliczni chuligani. Dla nich stadion to miejsce splatających się interesów i interesików. Miejsce, w którym nie są już ludźmi z marginesu, a wręcz przeciwnie - osobistościami. Co jakiś czas dają też znać, że tu są - pisze DZIENNIK.

Żaden polski klub nie zdołał pozbyć się tego problemu - mecze polskiej ekstraklasy to wciąż okazja do spotkań bandytów. Na jednym stadionie jest ich stu, na innym trzystu, ale wszędzie czują się komfortowo. Próba zamykania przed nimi bram stadionu to zajęcie mocno ryzykowne. I mało który klubowy działacz ma odwagę zmierzyć się z problemem. Bo przecież odpowiadać miał za rozwój sportowy klubu, a nie walkę z przestępczością zorganizowaną.

Chuligani swoją obecnością irytują wszystkich. Zdecydowana większość - dziewięćdziesiąt procent? - kibiców Legii jest przeciwko nim, bo niszczą wizerunek klubu, na który reszta fanów mocno pracuje. Ale nikt też nie chce iść na otwartą wojnę, bo po co nadstawiać karku w końcu w dość błahej sprawie, jaką jest futbol. Dlatego kibicowskie fora pełne są od głosów potępienia dla chuliganów, ale są to głosy anonimowe. Gdy zacznie się sezon i gdy trzeba będzie wygolonemu wyrostkowi powiedzieć coś wprost, wielu będzie wolało spuścić głowę. I nic dziwnego.

Walka z bandytyzmem to nie zadanie dla normalnych fanów. To rola klubów, które muszą sprawić, by chuligani na stadionach nie czuli się jak u siebie w melinie. Niestety, dopóki trybuny - brudne, zakratowane - bardziej przypominają wybiegi dla bydła, dopóty będą normalnych ludzi odstraszać. Kluby muszą zrozumieć, że dziś trzeba walczyć o widza, stworzyć mu warunki do miłego spędzania czasu. Bo jeśli ma wydać na bilet 30 złotych, to chce być godnie przyjęty. W kinie za tę cenę dostanie wygodny fotel, popcorn i napój, a na stadionie? Oplute krzesełko, zrujnowane schody i kilkumetrowe płoty. Lumpom to nie przeszkadza. A chyba to nie lumpami chcemy zapełniać obiekty?

Dla polskich klubów do tej pory jedyną metodą walki z chuligaństwem było podnoszenie cen biletów, podczas gdy jest to droga donikąd. Bo każdy klub ma zagorzałych fanów także wśród biedniejszej części społeczeństwa. Problem w tym, że dla bandyty zdobycie dodatkowych stu złotych miesięcznie nie jest żadnym problemem - jedno skradzione radio więcej - a dla uczciwego człowieka już tak.

Prezesi powinni skupić się raczej na tym, by trybuny przeprofilować - otworzyć się na ludzi z innych sfer. Zatrudnić kilkudziesięciu stewardów, którzy grzecznie i miło odprowadzają każdego na stałe, numerowane miejsce. Którzy z uśmiechem wręczą meczowy program, traktując kibiców z szacunkiem. Konieczne jest promowanie polskiej piłki - przez plakaty na mieście, spoty reklamowe. Doskonale zrobił to Lech Poznań, tworząc kampanię "Chcemy być lepsi". Na gigantycznych billboardach pokazano normalnych kibiców - młodego chłopaka, uśmiechniętą dziewczynę, rozentuzjazmowane dziecko. Zwykłych ludzi. I takich samych ściągnięto. Oni w swojej liczbie przytłoczyli napakowanych byczków. Po prostu trzeba polskiej piłce dorobić nową twarz - nie wykrzywioną z nienawiści, ale szczęśliwą.

W Legii po litewskiej kompromitacji istnieje ryzyko, że klub zamknie się przed światem, co będzie najgorszym wariantem. Bo właśnie teraz musi się otworzyć, jak nigdy wcześniej. Sprawić, by chuligani poczuli się naprawdę zepchnięci na margines. By widząc całą rzeszę nowych ludzi, zainteresowanych piłką nożną, chłonących to, co dzieje się na boisku, powiedzieli sobie - "To nie jest miejsce dla nas".

Zarazem - co oczywiste - wciąż trzeba monitorować, selekcjonować, rewidować, inwigilować, wlepiać zakazy stadionowe. Czas, by w kwestii bezpieczeństwa konsultować się z osobami, które w środowiskach kibicowskich wyrosły i wiedzą, w czym rzecz. Ktoś, kto nie był na meczu wyjazdowym, kto nie jechał pociągiem specjalnym, kto nie dostał za nic policyjną pałką, raczej nie zrozumie, czym kierują się fani.

Na razie Legia wprowadziła dla kibiców trzyletni zakaz wyjazdów. To akurat ruch raczej właściwy. Oczywiście - ucierpi cała masa niewinnych osób, rozkochanych w swoim klubie, mogących jeździć za nim na koniec świata, "wszędzie tam, gdzie nasza Legia gra". Ale też musimy pamiętać, że to wyjazdy nakręcają cały chuligański ruch w Polsce. To one są okazją do regularnych spotkań na stadionach i poza nimi. W pociągach, na dworcach, na ulicach. Dziś futbolowe chuligaństwo to prawdziwy biznes, z własnymi wydawnictwami, odzieżą. Ale wszystko to związane jest z podróżami na mecze wyjazdowe. I być może cała polska liga powinna zdecydować się na ten drastyczny ruch.

W całej tej walce z chuligaństwem odnaleźć nie może się PZPN. Nie wychodzi z żadnymi sensownymi inicjatywami, nie zatrudnia ani jednego człowieka, który miałby na ten temat pojęcie. Prześlizguje się po temacie, grożąc palcem, gdy coś się stanie, ale i nie przedstawiając programu naprawczego. Oczywiście, każdy klub powinien dbać o własne podwórko, ale nad całością pieczę winien sprawować związek. Jak to możliwe, że przez tyle lat nie doczekaliśmy się ani jednej istotnej reformy w najistotniejszej prawdopodobnie kwestii? Bez pełnych stadionów, ale z wygolonymi wyrostkami na brudnych trybunach, nasz futbol nie ruszy z miejsca.

Jedyne co przez ostatnie lata wymyślił związek, to plan, jak oszukać ludzi. Mamy przecież w pamięci aferę chipową, czyli niby niezły plan, jak stworzyć ogólnopolską bazę kibiców, a tak naprawdę przykrywkę do tego, by dać zarobić odpowiednim osobom. "Kiedy odzyskam swoje 25 złotych?" - piszą ludzie na internetowych forach, ale odpowiedzi nie dostają. DZIENNIK odpowiada - pewnie nigdy. Wyciągnięto od ludzi masę pieniędzy, tworząc system, który nigdy nie zadziałał i wreszcie został całkiem zarzucony. Odpowiedzialna została za niego mało znana firma, zatrudniająca byłych i przyszłych pracowników PZPN, mieszczącą się nawet przez moment w... centrali związku. Tak to ze związku wypłynęło co najmniej pół miliona złotych.

Niestety, PZPN zamiast z chuliganami walczyć, postanowił na nich zarobić. A co zrobią kluby?