To wydarzenie Buyo wspomina jako najzabawniejsze z czasów współpracy z Beenhakkerem. Słynnego golkipera Realu (bramki Królewskich bronił przez 10 lat) w Madrycie wszyscy nazywają Paco. To bardzo popularny pseudonim w Hiszpanii. Nawet ochroniarz ze stróżówki przed bazą treningową Realu, gdy ucina sobie pogawędkę z Buyo, tak się do niego zwraca.

Na hasło "Leo" dawny bramkarz uśmiecha się od ucha do ucha. "Już sześć lat grałem w Sevilli i powoli zacząłem wątpić, czy kiedykolwiek trafię do wielkiego klubu" - opowiada. "Wtedy uśmiechnęło się do mnie szczęście. Trenerem Realu został Leo Beenhakker. Jeszcze gdy pracował w Saragossie, po meczach z nami zawsze mnie chwalił, a jak wygrywaliśmy, twierdził, że to dzięki mnie. W czerwcu 1986 roku, już jako trener Królewskich, zadzwonił i złożył mi propozycję w swoim ironicznym stylu: "Słuchaj Paco. Musisz przyjść do Madrytu. Z twoim udziałem każda bramka w Hiszpanii zawsze będzie dobrze zebezpieczona". Roześmiałem się. Wszyscy wiedzieli, że moje 180 centymetrów to jak na bramkarza mizerny wzrost. Wyróżniałem się bardziej posturą zapaśnika niż koszykarza. Byłem szeroki, mocno stałem na nogach, nie brakowało mi refleksu, ale i wyskok też miałem niezły. I nadal mam! (śmiech). Leo oglądał moje mecze i w Sevilli, i w reprezentacji Hiszpanii, więc skoro chciał mnie w swojej drużynie, to na pewno wiedział, co robi...".

W czasie trzech lat panowania Beenhakkera Buyo był podstawowym bramkarzem Realu. "Co sezon grałem prawie 50 spotkań" - wspomina. "Dominowaliśmy w lidze, więc w pamięci utkwiły mi bardziej mecze w europejskich pucharach. W pierwszym moim sezonie w Madrycie graliśmy w Pucharze Europy z Juventusem Turyn. który miał w składzie Platiniego i Michaela Laudrupa. U siebie wygraliśmy 1:0, ale we Włoszech wywalczyliśmy awans dopiero po rzutach karnych. Mnie okrzyknięto bohaterem, bo obroniłem trzy "jedenastki". Pamiętam, że jeszcze na boisku odszukał mnie Beenhakker i szepnął do ucha: "Już wiesz, dlaczego cię sprowadziłem, dlaczego bronisz ty, a nie Agustin czy Ochotorena (rezerwowi golkiperzy Realu - przyp. red.)?" Pokręciłem głową, a on rzucił: "Żebyś wygrywał mi takie mecze! Tak czy inaczej w całej Hiszpanii obwołano mnie specem od karnych".

W następnym sezonie w 1/16 finału Real trafił na innego mistrza Włoch Napoli z Maradoną w składzie. "Pierwszy mecz rozgrywaliśmy u siebie na Bernabeu przy pustych trybunach, bo UEFA nałożyła na nas karę. Rywal bardzo mocny, ale koledzy w tygodniu poprzedzającym mecz jakoś nie wyglądali na skupionych. Nie wyczuwało się atmosfery wielkiej batalii przeciw wielkiemu Maradonie. Leo to dostrzegł. Postanowił nas zmotywować, używając jednego z tych swoich słynnych, szatniowych przemówień. Wmawiał nam, że nie gramy z wielkim Napoli, ale z prowincjonalną drużynką, z trzeciej ligi hiszpańskiej, na którą na Bernabeu nie przyszedłby nikt nawet za darmo, a której z zasady trzeba wrzucić kilka goli. Jakie były efekty? Puste trybuny tak uśpiły Maradonę i spółkę, że do Neapolu wrócili z bagażem dwóch bramek. Ja słowa Leo musiałem chyba mnożyć przez dwa, bo w tych najważniejszych meczach zawsze grałem wyśmienicie. Dzień po meczu z Włochami prasa to dostrzegła i ochrzciła mnie bohaterem. W wywiadach nie zapomniałem jednak o tym, kto tak naprawdę był ojcem zwycięstwa".

W kuchni Leo

Buyo wyraźnie się ożywia, wspominając wydarzenia sprzed prawie dwudziestu lat. "Nie tylko odprawy meczowe, ale i codzienne przebywanie w szatni w tamtych czasach było czymś wyjątkowym" - twierdzi. "Koledzy z pola wychwalali Leo za oryginalne i zabawne treningi, ale ja jako bramkarz tego nie doświadczałem. Zwróciłem natomiast uwagę na coś innego. Szatnia nie była wtedy, jak mówiła większość dziennikarzy, królestwem Beenhakkera. Była, jak on to mówił, kuchnią. Tak, tak. Przychodziliśmy rano na trening i tak jak w domu, w kuchni, z żoną i dziećmi, rozmawialiśmy z Leo o dniu poprzednim. Bardzo często podchodził do każdego z osobna i ustawiony twarzą w twarz pytał, co u niego słychać, czy ma jakieś problemy w rodzinie. Pytania dotyczyły praktycznie wszystkiego. Od nastroju żony, po nazwę restauracji, w której jedliśmy dzień wcześniej kolację. Zresztą Holender przywiązywał ogromną wagę do jedzenia. Był pierwszym trenerem, który kontrolował jadłospis piłkarzy. Kilka razy w roku odwiedzał nas wynajęty przez niego dietetyk. Tym, którzy w przerwie zimowej, przybrali trochę na wadze, wręczał coś w rodzaju regulaminu dietetycznego. Mnie i Gordillo (lewoskrzydłowy Realu – przyp. red.) zdarzyło się przeglądać go kilka razy (śmiech). Wtedy też media podchwyciły temat i na wzór Piątki Sępa wymyślono Piątkę Przystojniaków (z hiszp. Quinta de los Machos), w której znalazłem się oczywiście ja, Gordillo i chyba Hugo Sanchez. Wyróżnialiśmy się nie tylko okrągłymi sylwetkami, ale przede wszystkim bujnymi fryzurami".

Pytamy o szczegóły epizodu kolarskiego, o którym Paco wspomniał na wstępie. "Na zgrupowania najczęściej jeździliśmy do Holandii" - wyjaśnia Buyo. "Leo znał tam każdy kąt. Dużo zwiedzaliśmy, jeżdżąc po całej Holandii, ale jak to na zgrupowaniach czasami chcieliśmy się po prostu trochę ponudzić. Trener jednak na to nie pozwalał. Pewnego razu zorganizował nam wyścig kolarskich trójek. Na rowerze z trzema siodełkami rywalizowaliśmy w kilku zespołach. Ja dobrałem się z Butragueno i Michelem, więc wiadomo, że musieliśmy wygrać za wszelką cenę. Tak pedałowaliśmy, że zabrakło nam drogi pod kołami. Zamiast na mecie wylądowaliśmy w szerokim, pełnym zimnej wody kanale. Inne drużyny zatrzymały się i wręcz wyły ze miechu, patrząc na pogięty rower i mokre gwiazdy Realu".