Podróże do Argentyny od lat należą do najbardziej wyczerpujących, ale tegoroczna była wyjątkowo męcząca. Zaczęła się w Chinach i trwała ponad dwie doby, a byłoby jeszcze gorzej, gdyby po ustaleniach z Plus GSM nie udało się wynająć czarterowego samolotu z Buenos Aires do Catamarki.

Inaczej siatkarze musieliby ze stolicy Argentyny podróżować autobusem (ponad 1500 kilometrów) lub czekać na zejście mgły i koniec strajku pracowników lotniska.
"Na szczęście nie było takiej potrzeby. Po kilku godzinach walki udało nam się załatwić samolot i drogą lądową pojechały tylko bagaże. Do Catamarki dotarliśmy ok. 21.30 czasu miejscowego, czyli wpół do drugiej w nocy polskiego. Wszyscy od razu położyli się spać, na śniadanie mało kto wstał" - relacjonował ziewając menedżer polskiej ekipy Witold Roman.

Opowiedział także, że już na lotnisku zawodnicy zaczęli się rozciągać. Podobna sytuacja miała miejsce kilka razy w 10-letniej historii startów Polaków w Lidze Światowej. Ćwiczyli m.in. na lotniskach w Argentynie i Stanach Zjednoczonych.

Na szczęście dla polskich siatkarzy mecze z najsłabszą w grupie D Argentyną odbędą się dopiero w sobotę i niedzielę (godz. 23 czasu polskiego), jest więc czas na normalne zajęcia i powrót do formy. Poza tym awans do finału w katowickim Spodku jako gospodarz mamy pewny. Szkoda tylko, że wiedzie do niego tak długa droga.